* * *
wiem że jesteś przy mnie
gdy szaleją strugi deszczu
po szybach dni
kiedy nocą otwierają się oczy
zbudzone bólem
wiem że jesteś przy mnie
kiedy płonie ściana ciszy
gdy z wyschniętej rzeki słów
nie ma już co pić
kiedy nogi plączą się wśród
kamieni krzywd
wiem że wtedy jesteś przy mnie...
MODLITWA O DESZCZ
Wznoszę ku Tobie dłonie
swe serce spieczone ciszą
deszczu ożywcze strugi daj
Panie mej ziemi
już pękającej od skwaru
nieba rozlej strugi
życia płaszczem ulżyj trawom
naszym oczom proszącym
o deszcz
* * *
kapie kapie czas
jak wosk świecy
Twój czas i mój
wolno wolno się
wypala
spływa wosk jak ból
płomień większy
coraz większy
pnie się ciągle wzwyż
im gorętszy tym jaśniejszy
czas płonie
jak krzyż...
* * *
za Tobą podążam jak ślepiec
wleczony czasem snów wiatrem
gdzie jestem nie wiem
podtrzymaj moje ręce bym przypadkiem
nie przewrócił się o nierównych chodników
krawędzie nie zbrudził nóg
błotem ulic idę za Tobą
jak ślepiec pomóż mi
bym mógł nauczyć się odczytywać
Twoją obecność Twoje słowa
na chropowatych wypukłościach
dni
* * *
tak wiele interesów spraw
uliczek krętych naszych godzin
Panie oczyść nas i spraw
by zachwyt Tobą miłość rodził
w zmęczeniu minut w pocie dni
które jak chmury przemijają
oczyść nas Panie i spraw by
deszczem spadały w ziemię czasu
tak wiele interesów spraw
i słów i słów zbyt wiele pada
oczyść nas Panie z kłamstwa prawd
miłością swoją wyspowiadaj...
* * *
w Twojej łasce
jak w słońcu
dojrzewam
niby owoc
który strąci
wiatr
w Twoim słońcu
rumienię się
czekam
bym dla Ciebie
już dojrzały
spadł...
* * *
Ty sny me słoń
które drżą
jak płatki kwiatów
gdy wieje wiatr
Ty sny me otul
dłonią swą
gdy na nie spada
ciszy grad
Ty sny mi ukaż
w nocy mgle
kiedy nie widać srebra gwiazd
gdy się zagubił świtu brzeg...
* * *
Żonie
Ten cichy jesienny liść
weź ode mnie i przytul
ja też tak spadnę jak liść
wichrem porwany błękitu
Ten cichy jesienny liść
który włożyłaś do Biblii
niech Ci jej miłość gra
i niech Cię w sen uskrzydli
A gdy go wyjmiesz z tych kart
nie dozwól by się skruszył
bo w nim me życie drga
- niebieski odlot duszy...
Janusz St. Pasierb
SŁOWO
okaleczonym językiem
obracam rozżarzony węgiel
przytrzymuję wargami
żeby nie upadł na ziemię
nie rozumiem nigdy
jak z tego bełkotu.
z świadectwa kaleki
ludzie mogą czerpać
coś
co im pozwala
żyć
cierpieć
umierać
WIERZĘ
Wiem że Twoje Słowo jest mieczem
bo jestem rozcięty na dwoje
Wiem że ofiaruję prawdziwe Ciało i Krew
z buntu mojej krwi i mojego ciała
Wiem że twoje Królestwo jest ziarnem
bo mnie rozdziera gdy rośnie
Wiem że jesteś Światłem
bo nic nie widzę
Wiem że jesteś Drogą
nie wiem dokąd idę
Wiem że jesteś Życiem
przecież umieram
WYBÓR
z niej miał być krzyż
wbrew legendzie
nie zrobiono z niej krzyża
zanadto drżała
od początku
potrzebne było
drzewo nieustraszone
twarde
na którym można polegać
na którym można powiesić
osika drżała
wówczas
wybrano dąb
PRZEZ OGIEŃ
nie oddziela mnie od świata
gruby mur czy cienka ściana
tylko ogień
nie odróżnia mnie od rzeczy
oddech ani serca bicie
tylko ogień
nie zbliża mnie do człowieka
jego moja krew i ciało
tylko ogień
i z Bogiem mnie nie połączy
obłok chłodny czy powietrze
tylko ogień
POD WARUNKIEM
jeżeli jesteś z jego uczniów
uciekaj
jeżeli zdrajcą
nie trać czasu
jeśli Herodem
wyśmiej go jak błazna
jeżeli jesteś katem
czyń swoją powinność
jeśli Piłatem
podyskutuj nie zapomnij
umyj ręce
jeżeli
co innego jeżeli
masz mężne serce
i coś czystego pod ręką
jak Weronika
jeśli pochodzisz z Cyreny
jeśli masz silne ramiona
jeśli ci starcza odwagi
jeśli choć umiesz zapłakać
jeśliś Józefem z Arymatei
lub Nikodem
otrzymasz ciało
Jeżeli przynajmniej
potrafisz ściemnieć jak niebo
oślepnąć jak słońce przestać błyszczeć
jak skała się rozpaść
jeśli spowijesz jak całun
jak kamień ostudzisz
jak pieczęć zastygniesz
jeśli otworzy cię anioł
TO SAMO SŁOWO
Ojciec pisał rylcem na tablicy z głazów
Syn pisał palcem na kurzu po ziemi
Duch Święty pisał płomieniem na wietrze
moje nieszczere serce stuka
to samo słowo
Miłość
PO POŁUDNIU
przyłączył się do nich
w drodze
zdawał się iść dalej
przez jedno popołudnie
mieli go tylko dla siebie
nawet wszechświat musiał poczekać
na punkt omega
jak korepetytor
nieznużenie
wykładał im pisma
jeszcze raz
od początku
dziś popołudniu
jeszcze raz od początku
w drodze jak zawsze
naprawdę dalej idący
nieznajomy
cierpliwy
bliski
gdy świat się zmierzcha
to ciepło w sercu
PRZYPOWIEŚĆ O OJCU
Kiedy się starasz zapomnieć
pamięta
kiedy nie możesz zasnąć
czeka aż się obudzisz
kiedy nie myślisz wracać
wygląda ciebie
kiedy nie widzisz wyjścia
każe otwierać wrota
kiedy umierasz z głodu
poleca nakrywać stoły
kiedy się kulisz w łachmanie
wybiera dla ciebie szatę
gdy mówisz wstanę i pójdę
rusza naprzeciw
gdy trzesz oczy jak suche kamienie
płacze nad tobą
kiedy nie śmiesz wyciągnąć rękę
oplatują cię jego ramiona
gdy twój brat wypomni żeś odszedł
odpowie że właśnie wróciłeś
REWOLUCJA JEZUSA
głodni spragnieni
bezdomni obcy
więźniowie chorzy
wyklęci
oto nowa klasa Ewangelii
arystokracja Jezusa
oto jego wcielenie
na dzień sądu
najbardziej ostateczn
OGRÓJEC
już objawiłem im Boga
w blasku i mocy
jeszcze objawię im człowieka
dzisiejszej nocy
ujrzą obojętność oliwek
nieruchomość świateł i cieni
doświadczą ile można nabrać sił
leżąc z twarzą przytuloną do ziemi
dam im posłuchać milczenia Boga
gdy się Go woła
zobaczą zimny blask kielicha
w ręku anioła
objawię im ostatnią prawdę
najwstydliwszą z tajemnic człowieka
nie umie być sam póki żyje
i gdy umiera
trzy razy obudzę śpiących
sercem bijącym o żebra
człowiek wzywający człowieka
żebrak
DROGA KRZYŻOWA
nic dziwnego
że co chwilę upada
nie ma chwili
żeby nas nie dźwigał
czasem ktoś się rozpłacze
jest wtedy jeszcze ciężej
chustą twarz obetrze
patrzy ze zgrozą w odbicie
czasem krzyż podeprze
jest mniej samotny w męce
raptem zakrzyknie obok
zagłuszy na chwilę pulsowanie krwi
obok podobne krzyże
umiera między innymi
pomiędzy dobrym i złym
jak każdy z nas rozpięty
okaleczonym językiem
obracam rozżarzony węgiel
przytrzymuję wargami
żeby nie upadł na ziemię
nie rozumiem nigdy
jak z tego bełkotu.
z świadectwa kaleki
ludzie mogą czerpać
coś
co im pozwala
żyć
cierpieć
umierać
WIERZĘ
Wiem że Twoje Słowo jest mieczem
bo jestem rozcięty na dwoje
Wiem że ofiaruję prawdziwe Ciało i Krew
z buntu mojej krwi i mojego ciała
Wiem że twoje Królestwo jest ziarnem
bo mnie rozdziera gdy rośnie
Wiem że jesteś Światłem
bo nic nie widzę
Wiem że jesteś Drogą
nie wiem dokąd idę
Wiem że jesteś Życiem
przecież umieram
WYBÓR
z niej miał być krzyż
wbrew legendzie
nie zrobiono z niej krzyża
zanadto drżała
od początku
potrzebne było
drzewo nieustraszone
twarde
na którym można polegać
na którym można powiesić
osika drżała
wówczas
wybrano dąb
PRZEZ OGIEŃ
nie oddziela mnie od świata
gruby mur czy cienka ściana
tylko ogień
nie odróżnia mnie od rzeczy
oddech ani serca bicie
tylko ogień
nie zbliża mnie do człowieka
jego moja krew i ciało
tylko ogień
i z Bogiem mnie nie połączy
obłok chłodny czy powietrze
tylko ogień
POD WARUNKIEM
jeżeli jesteś z jego uczniów
uciekaj
jeżeli zdrajcą
nie trać czasu
jeśli Herodem
wyśmiej go jak błazna
jeżeli jesteś katem
czyń swoją powinność
jeśli Piłatem
podyskutuj nie zapomnij
umyj ręce
jeżeli
co innego jeżeli
masz mężne serce
i coś czystego pod ręką
jak Weronika
jeśli pochodzisz z Cyreny
jeśli masz silne ramiona
jeśli ci starcza odwagi
jeśli choć umiesz zapłakać
jeśliś Józefem z Arymatei
lub Nikodem
otrzymasz ciało
Jeżeli przynajmniej
potrafisz ściemnieć jak niebo
oślepnąć jak słońce przestać błyszczeć
jak skała się rozpaść
jeśli spowijesz jak całun
jak kamień ostudzisz
jak pieczęć zastygniesz
jeśli otworzy cię anioł
TO SAMO SŁOWO
Ojciec pisał rylcem na tablicy z głazów
Syn pisał palcem na kurzu po ziemi
Duch Święty pisał płomieniem na wietrze
moje nieszczere serce stuka
to samo słowo
Miłość
PO POŁUDNIU
przyłączył się do nich
w drodze
zdawał się iść dalej
przez jedno popołudnie
mieli go tylko dla siebie
nawet wszechświat musiał poczekać
na punkt omega
jak korepetytor
nieznużenie
wykładał im pisma
jeszcze raz
od początku
dziś popołudniu
jeszcze raz od początku
w drodze jak zawsze
naprawdę dalej idący
nieznajomy
cierpliwy
bliski
gdy świat się zmierzcha
to ciepło w sercu
PRZYPOWIEŚĆ O OJCU
Kiedy się starasz zapomnieć
pamięta
kiedy nie możesz zasnąć
czeka aż się obudzisz
kiedy nie myślisz wracać
wygląda ciebie
kiedy nie widzisz wyjścia
każe otwierać wrota
kiedy umierasz z głodu
poleca nakrywać stoły
kiedy się kulisz w łachmanie
wybiera dla ciebie szatę
gdy mówisz wstanę i pójdę
rusza naprzeciw
gdy trzesz oczy jak suche kamienie
płacze nad tobą
kiedy nie śmiesz wyciągnąć rękę
oplatują cię jego ramiona
gdy twój brat wypomni żeś odszedł
odpowie że właśnie wróciłeś
REWOLUCJA JEZUSA
głodni spragnieni
bezdomni obcy
więźniowie chorzy
wyklęci
oto nowa klasa Ewangelii
arystokracja Jezusa
oto jego wcielenie
na dzień sądu
najbardziej ostateczn
OGRÓJEC
już objawiłem im Boga
w blasku i mocy
jeszcze objawię im człowieka
dzisiejszej nocy
ujrzą obojętność oliwek
nieruchomość świateł i cieni
doświadczą ile można nabrać sił
leżąc z twarzą przytuloną do ziemi
dam im posłuchać milczenia Boga
gdy się Go woła
zobaczą zimny blask kielicha
w ręku anioła
objawię im ostatnią prawdę
najwstydliwszą z tajemnic człowieka
nie umie być sam póki żyje
i gdy umiera
trzy razy obudzę śpiących
sercem bijącym o żebra
człowiek wzywający człowieka
żebrak
DROGA KRZYŻOWA
nic dziwnego
że co chwilę upada
nie ma chwili
żeby nas nie dźwigał
czasem ktoś się rozpłacze
jest wtedy jeszcze ciężej
chustą twarz obetrze
patrzy ze zgrozą w odbicie
czasem krzyż podeprze
jest mniej samotny w męce
raptem zakrzyknie obok
zagłuszy na chwilę pulsowanie krwi
obok podobne krzyże
umiera między innymi
pomiędzy dobrym i złym
jak każdy z nas rozpięty
Natan Tenenbaum
MODLITWA O WSCHODZIE SŁOŃCA
Każdy Twój wyrok przyjmę twardy,
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy,
Przed nienawiścią strzeż mnie Boże.
Wszak Tyś jest Niezmierzone Dobro
którego nie wyrażą słowa
Wiec mnie od nienawiści obroń
i od pogardy mnie zachowaj.
Co postanowisz niech się ziści.
Niechaj się wola Twoja stanie
ale zbaw mnie, od nienawiści,
Ocal mnie od pogardy, Panie.
Każdy Twój wyrok przyjmę twardy,
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy,
Przed nienawiścią strzeż mnie Boże.
Wszak Tyś jest Niezmierzone Dobro
którego nie wyrażą słowa
Wiec mnie od nienawiści obroń
i od pogardy mnie zachowaj.
Co postanowisz niech się ziści.
Niechaj się wola Twoja stanie
ale zbaw mnie, od nienawiści,
Ocal mnie od pogardy, Panie.
Lesley Ayers (tłumaczenie: Piotr Zawadzki)
REFLEKSJE
w sobie nieosiadła
budzę się wczesnym rankiem
torując drogę wzdłuż chłodnych ulic
by widzieć cieńką mglę
wstającą na jeziorze
nachylona na moście odkrywam
kolejny poranek Moneta
paleta punktuje echa drzew
na drzewach
trzcin na trzcinach
-szklany świat ciszy
przywykłeś do wczesnych spotkań przy jeziorze
w innym czasie miejscu
Twój kairos czas bez czasu
serce Cię widzi idziesz
w giętkiej pobudce łabędzia
Twój miłosny dotyk
transfuzja
znana przez niezliczonych
jestem spokojna
odnowiona
wolna by iść
by widzieć spod opadających mgieł
kolejny dzień
lśniący podarek
w sobie nieosiadła
budzę się wczesnym rankiem
torując drogę wzdłuż chłodnych ulic
by widzieć cieńką mglę
wstającą na jeziorze
nachylona na moście odkrywam
kolejny poranek Moneta
paleta punktuje echa drzew
na drzewach
trzcin na trzcinach
-szklany świat ciszy
przywykłeś do wczesnych spotkań przy jeziorze
w innym czasie miejscu
Twój kairos czas bez czasu
serce Cię widzi idziesz
w giętkiej pobudce łabędzia
Twój miłosny dotyk
transfuzja
znana przez niezliczonych
jestem spokojna
odnowiona
wolna by iść
by widzieć spod opadających mgieł
kolejny dzień
lśniący podarek
Zbigniew Jankowski
BEZ ODPOWIEDZI
Moje życie było pytaniem
o Ciebie
Nie dożyłem odpowiedzi
Teraz śmiercią pytam.
JAK PO GRUDZIE
Tak wolno ustępuję
ze swoich martwych pól
bronionych
z mrocznego nawyku
jakby
nie ze światłem była walka
nie z Tobą, Boże,
i nie o mnie właśnie.
PO NOCY
Boże
od wiecznych utrapień,
od porzucania na samotnej wyspie,
od skrywanych łez,
czy naprawdę nie masz
innego dowodu
na moje istnienie?
?
Wszystko - Bóg
i tylko Bóg,
więc czego ja szukam
szukając Boga?
Moje życie było pytaniem
o Ciebie
Nie dożyłem odpowiedzi
Teraz śmiercią pytam.
JAK PO GRUDZIE
Tak wolno ustępuję
ze swoich martwych pól
bronionych
z mrocznego nawyku
jakby
nie ze światłem była walka
nie z Tobą, Boże,
i nie o mnie właśnie.
PO NOCY
Boże
od wiecznych utrapień,
od porzucania na samotnej wyspie,
od skrywanych łez,
czy naprawdę nie masz
innego dowodu
na moje istnienie?
?
Wszystko - Bóg
i tylko Bóg,
więc czego ja szukam
szukając Boga?
Danuta Bilczewska
* * *
wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków
* * *
wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków
WOŁANIE
wiem
że najcichszy
szept słyszysz
najlżejszych traw
widzisz kołysanie
a jednak
kiedy się modlę
do Ciebie
cała się staję
wołaniem
W GÓRACH
w górach
bliżej mi
do Ciebie
mgła
na wargach
osiada
Twój dotyk
modlą się
szczyty
w samotni lasów
szept jodły
z wiatrem się miesza
niżej schodzi
wciska się
w skalne szczeliny
z nagła
ogień zabłysnął
płonącą raną
owoc
dojrzałej jarzębiny
* * *
czuję na twarzy muśnięcie
oddycham wiatru powiewem
czy to jest twoja modlitwa
czy dotyk Boga
nie wiem
wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków
* * *
wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków
WOŁANIE
wiem
że najcichszy
szept słyszysz
najlżejszych traw
widzisz kołysanie
a jednak
kiedy się modlę
do Ciebie
cała się staję
wołaniem
W GÓRACH
w górach
bliżej mi
do Ciebie
mgła
na wargach
osiada
Twój dotyk
modlą się
szczyty
w samotni lasów
szept jodły
z wiatrem się miesza
niżej schodzi
wciska się
w skalne szczeliny
z nagła
ogień zabłysnął
płonącą raną
owoc
dojrzałej jarzębiny
* * *
czuję na twarzy muśnięcie
oddycham wiatru powiewem
czy to jest twoja modlitwa
czy dotyk Boga
nie wiem
Szymon Babuchowski
ŻYCIE
kolejne koło dobry czas zatoczył
więc znowu siedzę tu przy Twoim boku
i w Twoje patrzę uśmiechnięte oczy
wierząc że Bóg jest Panem naszych kroków
i wszystko staje się znów po raz pierwszy
w ciszy wieczornej pod lipcowym niebem
te długie drogi które przez nas przeszły
pod powiekami wabią nas do siebie
przez park idziemy całkiem nierozważni
perełki śmiechu rozsiewając wkoło
nie widząc węża co się w trawie czai
i czyha tylko żeby nas pochłonąć
jutro będziemy opłakiwać zdrady
dzisiaj się połóż na moich kolanach
popatrz jak kajak przepływa przez bramę
jabłka dojrzałe kołyszą się w sadach
będziemy grzeszyć będziemy powracać
On nam wybiegać będzie na spotkanie
żywot człowieczy syzyfowa praca
z cichą nadzieją na zmartwychpowstanie
PISANIE
patykiem ryję Twoje imię
na brzegu prastarego morza
i patrzę jak ten napis ginie –
całunem go przykrywa woda
a w mojej dłoni chudy patyk
od nowa twierdzę z liter stawia
abym za chwilę mógł zobaczyć
niebieski język co ją strawi
odwieczna walka dwóch żywiołów
i ich przedziwna święta przyjaźń
bije się Jakub z Panem Bogiem
do bramy Nieba się dobija
ŚWIAT
Od czasów Jezusa wiele się zmieniło:
w niebo przebite włóczniami kominów
rosną katedry biurowców, ziemię
oplatają cierniste krzewy kabli. Dobra,
koronkowa robota. Cezar uśmiecha się,
widząc swą podobiznę na wszystkich ekranach.
W nowych świątyniach brzęczą monety,
kupcy uprzejmie informują.
Wielka promocja: lepsza cena zdrady.
Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.
Na Miejscu Czaszki co wieczór
igraszki – śmierć jest tylko gadżetem.
A diabeł kobietą. A może odwrotnie?
Wiruje diabelski młyn – ze zmielonych dusz
robi się hamburgery. Po ile ta wata?
Przemija postać widzialnego świata.
Kto to wszystko uniesie? Kto weźmie,
zmiesza z gliną, kto na nowo
ulepi, tchnie, ożywi? Komu
rany wytrysną jak źródło?
* * *
przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro wszystko we mnie Ciebie woła
po cóż bym jeszcze westchnienia miał mnożyć –
Ty się módl we mnie gdy ja nie podołam
przywołuj siebie (czy to nie jest dziwne
mieć Ciebie w sobie i za Tobą tęsknić)
wołaj mnie wołaj gdy do piekła idę
przemień mnie w niebo zalecz moje klęski
przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro jesteś to i ja się stanę
nowym bukłakiem z winem bardzo młodym
Tobie poddanym naczyniem glinianym
* * *
przewiej mnie Wietrze przewiej
przeszyj przenicuj przemień
ziarnem pszenicy wsiej w ziemię
przesyp mnie przesącz przez siebie
przez przetak aż powiem tak
aż wyznam wypowiem Twój znak
aż krzyże naszych komórek
w jedną obleką się skórę
* * *
miałeś we mnie rosnąć Panie jak rośnie drzewo albo człowiek
rozkrzyżowałem nawet ręce by było Ci wygodnie
wtedy coś zaczęło drążyć mnie od środka
rzeźbić korytarze po których hulał wiatr
dziś moje wnętrze wypełnia nic
dziś jestem pełny pneumy
i tęsknię
wywołałem Twoje zdjęcie
z krzyża chowam w sobie
negatyw.
* * *
krople zatrzymane na skraju gałęzi
prześwietlone blaskiem jesiennego słońca
gdy mały włos wody dzieli je od śmierci
ciążące ku ziemi ale nie do końca
jakby jedną ręką trzymały się życia
które na ich brzegach rozpościera tęczę
krople takie jasne jak Boże źrenice
pomiędzy światami mają swoje miejsce
kolejne koło dobry czas zatoczył
więc znowu siedzę tu przy Twoim boku
i w Twoje patrzę uśmiechnięte oczy
wierząc że Bóg jest Panem naszych kroków
i wszystko staje się znów po raz pierwszy
w ciszy wieczornej pod lipcowym niebem
te długie drogi które przez nas przeszły
pod powiekami wabią nas do siebie
przez park idziemy całkiem nierozważni
perełki śmiechu rozsiewając wkoło
nie widząc węża co się w trawie czai
i czyha tylko żeby nas pochłonąć
jutro będziemy opłakiwać zdrady
dzisiaj się połóż na moich kolanach
popatrz jak kajak przepływa przez bramę
jabłka dojrzałe kołyszą się w sadach
będziemy grzeszyć będziemy powracać
On nam wybiegać będzie na spotkanie
żywot człowieczy syzyfowa praca
z cichą nadzieją na zmartwychpowstanie
PISANIE
patykiem ryję Twoje imię
na brzegu prastarego morza
i patrzę jak ten napis ginie –
całunem go przykrywa woda
a w mojej dłoni chudy patyk
od nowa twierdzę z liter stawia
abym za chwilę mógł zobaczyć
niebieski język co ją strawi
odwieczna walka dwóch żywiołów
i ich przedziwna święta przyjaźń
bije się Jakub z Panem Bogiem
do bramy Nieba się dobija
ŚWIAT
Od czasów Jezusa wiele się zmieniło:
w niebo przebite włóczniami kominów
rosną katedry biurowców, ziemię
oplatają cierniste krzewy kabli. Dobra,
koronkowa robota. Cezar uśmiecha się,
widząc swą podobiznę na wszystkich ekranach.
W nowych świątyniach brzęczą monety,
kupcy uprzejmie informują.
Wielka promocja: lepsza cena zdrady.
Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.
Na Miejscu Czaszki co wieczór
igraszki – śmierć jest tylko gadżetem.
A diabeł kobietą. A może odwrotnie?
Wiruje diabelski młyn – ze zmielonych dusz
robi się hamburgery. Po ile ta wata?
Przemija postać widzialnego świata.
Kto to wszystko uniesie? Kto weźmie,
zmiesza z gliną, kto na nowo
ulepi, tchnie, ożywi? Komu
rany wytrysną jak źródło?
* * *
przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro wszystko we mnie Ciebie woła
po cóż bym jeszcze westchnienia miał mnożyć –
Ty się módl we mnie gdy ja nie podołam
przywołuj siebie (czy to nie jest dziwne
mieć Ciebie w sobie i za Tobą tęsknić)
wołaj mnie wołaj gdy do piekła idę
przemień mnie w niebo zalecz moje klęski
przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro jesteś to i ja się stanę
nowym bukłakiem z winem bardzo młodym
Tobie poddanym naczyniem glinianym
* * *
przewiej mnie Wietrze przewiej
przeszyj przenicuj przemień
ziarnem pszenicy wsiej w ziemię
przesyp mnie przesącz przez siebie
przez przetak aż powiem tak
aż wyznam wypowiem Twój znak
aż krzyże naszych komórek
w jedną obleką się skórę
* * *
miałeś we mnie rosnąć Panie jak rośnie drzewo albo człowiek
rozkrzyżowałem nawet ręce by było Ci wygodnie
wtedy coś zaczęło drążyć mnie od środka
rzeźbić korytarze po których hulał wiatr
dziś moje wnętrze wypełnia nic
dziś jestem pełny pneumy
i tęsknię
wywołałem Twoje zdjęcie
z krzyża chowam w sobie
negatyw.
* * *
krople zatrzymane na skraju gałęzi
prześwietlone blaskiem jesiennego słońca
gdy mały włos wody dzieli je od śmierci
ciążące ku ziemi ale nie do końca
jakby jedną ręką trzymały się życia
które na ich brzegach rozpościera tęczę
krople takie jasne jak Boże źrenice
pomiędzy światami mają swoje miejsce
Marian Stanisław Hermaszewski
* * *
Idzie Bóg ogromny
ponad ziemią
i zrywa ludzi
starannie
jak soczyste jeżyny
Czas kwiatu
minął się w pamięci
z czasem leku
na liściu leży
chłodna łza
rozstania
owoc owocu
dojrzewania
ślad gwiazd odbitych
na Bożej dłoni -
* * *
Przybiegło znów moje serce
przypadło Ci do stóp
jak motyl
Teraz tylko
wsłuchać się w szelest
źródełka
tak chyba szemrze
Twoja łaska
okruchem słońca plamiąc
rzęsy
Cóż więcej
tylko dziękować
bez końca -
* * *
Tak dobrze
kolana wpasować
w klęcznik
jak ręce w narzędzie
Tyle do zrobienia
Tyle do przemodlenia
Niechaj wzrastają
aż do bólu
Tak dobrze -
KATEDRA OPOLSKA, 10 października 1994 r.
Idzie Bóg ogromny
ponad ziemią
i zrywa ludzi
starannie
jak soczyste jeżyny
Czas kwiatu
minął się w pamięci
z czasem leku
na liściu leży
chłodna łza
rozstania
owoc owocu
dojrzewania
ślad gwiazd odbitych
na Bożej dłoni -
* * *
Przybiegło znów moje serce
przypadło Ci do stóp
jak motyl
Teraz tylko
wsłuchać się w szelest
źródełka
tak chyba szemrze
Twoja łaska
okruchem słońca plamiąc
rzęsy
Cóż więcej
tylko dziękować
bez końca -
* * *
Tak dobrze
kolana wpasować
w klęcznik
jak ręce w narzędzie
Tyle do zrobienia
Tyle do przemodlenia
Niechaj wzrastają
aż do bólu
Tak dobrze -
KATEDRA OPOLSKA, 10 października 1994 r.
Wacław Buryła
* * *
Drzewa
modlą się milczeniem
trawa ? zieloną zwyczajnością
ptaki - śpiewem
a człowiek
modli się miłością
* * *
ludzie mówią
o przeludnieniu świata
o tłoku na ulicach
o zbyt wielkim tłumie
chyba
dziwisz się temu
bo wokół Ciebie
ciągle pusto
* * *
Nie szukaj drogi na skróty
nie ma takiej drogi do nieba
musisz przejść
przez całą miłość
* * *
nie szukam innego raju
Twoja Obecność wystarczy
pijany ze szczęścia
chciałbym tańczyć
NIE UMIEMY
Tłumaczymy Twoją Ewangelię
na wszystkie języki świata
ale jeszcze ciągle nie umiemy
przetłumaczyć jej na miłość
TEJ NOCY
Tej nocy
śmierć przeszła przez pokój
środkiem snu
z palcami na ustach
zerwała człowieka jak owoc
i włożyła Bogu do kieszeni
SZPITALNA PROŚBA
Podaj uśmiech
zamiast tabletki
bo więcej może
tylko miłość potrafi wskrzesić
bo Bóg ją stworzył
UZDROWIENIE PARALITYKA
Przynieśli go na noszach
chcieli żebyś uzdrowił ciało
a Ty jakby nigdy nic
uzdrowiłeś duszę
Drzewa
modlą się milczeniem
trawa ? zieloną zwyczajnością
ptaki - śpiewem
a człowiek
modli się miłością
* * *
ludzie mówią
o przeludnieniu świata
o tłoku na ulicach
o zbyt wielkim tłumie
chyba
dziwisz się temu
bo wokół Ciebie
ciągle pusto
* * *
Nie szukaj drogi na skróty
nie ma takiej drogi do nieba
musisz przejść
przez całą miłość
* * *
nie szukam innego raju
Twoja Obecność wystarczy
pijany ze szczęścia
chciałbym tańczyć
NIE UMIEMY
Tłumaczymy Twoją Ewangelię
na wszystkie języki świata
ale jeszcze ciągle nie umiemy
przetłumaczyć jej na miłość
TEJ NOCY
Tej nocy
śmierć przeszła przez pokój
środkiem snu
z palcami na ustach
zerwała człowieka jak owoc
i włożyła Bogu do kieszeni
SZPITALNA PROŚBA
Podaj uśmiech
zamiast tabletki
bo więcej może
tylko miłość potrafi wskrzesić
bo Bóg ją stworzył
UZDROWIENIE PARALITYKA
Przynieśli go na noszach
chcieli żebyś uzdrowił ciało
a Ty jakby nigdy nic
uzdrowiłeś duszę
ks. Jerzy Szymik
SMUGA BŁĘKITU
wyrzeknij się pewności,
lecz nie ufaj zwątpieniu
jasne niebo i ciemny las są tym samym
jedynie na linii horyzontu
i w snach
z pewnej odległości i po jakimś czasie
wszystko staje się
smugą drgającego błękitu.
I bardzo dobrze.
Ale to dopiero początek wtajemniczenia.
Bo przecież:
ten podmuch wiatru, teraz, w popołudniowych światłach
czerwca;
ten korytarz w powietrzu, wycięty ciałem
jaskółki;
to przeczucie śmierci, które łasi się jak wierny
pies;
twoja obecność pośród nas; nietrwała, słodka,
rozdzierająca -
- były, są, będą.
TEODYCEA
Zapach siana nad ranem,
w półmroku, przed brzaskiem,
w Cresier, na balkonie, po bezsennej nocy;
ów zapach świdrujący o czwartej nad ranem,
obietnica złożona na przedprożu dnia.
Ten zapach siana przed świtem kładę na dnie pamięci.
Niech mi będzie jako płomień na chwile ciemności,
jako dowód na istnienie Boga i mnie, nas, szczęścia.
Wszystkiego.
MOLESON
Ks. Darkowi Kąpińskiemu
Liście tańczą na pustej drodze,
na placu przed stuletnim kościołem,
pod koniec lata, w ciepłym wietrze,
nocą, w Broc.
Rankiem,
kiedy słońce rozedrze bieluśką gazę mgły,
ujrzymy szafirowe niebo i wysoką górę:
Moleson.
W pustym kościele odprawimy Mszę za świat,
który kochamy. Potem wypijemy kawę,
oddalimy śmierć.
Raz jeszcze uwierzymy
Życiu.
MONACHIUM
Nad Monachium ciekawsza połówka księżyca.
Na Marienplatz, pod platanem, akordeon
w rękach geniusza-kaleki.
Muzyka i wieczór. I zachwyt.
Zapachy cygar, potu, piwa, perfum,
miasta latem, szczęścia żywych.
Słyszę jak ktoś szepcze w czyjeś ucho:
"Najpiękniejsze ciągle przed nami"...
I wątpię, i wierzę.
WCZESNA JESIEŃ, PÓŹNY WIECZÓR. BÓG.
Październik
dbał o dominację bezwzględną gorzkich kolorów. Dyskretnie,
skutecznie. Żółć i czerwień zdały się bezpowrotnie odbierać światu zieleń.
I resztki iluzji. Zdawało się, że i obecność
Boga
Mówiła
o tym, ze nie rozumie
swojego życia. I że najprawdopodobniej
zna ścieg jego sensu jedynie
Bóg
Słuchałem
z zachwytem i bezradnością. Czułem jak mnie ubywa z każdym
jej słowem i z każdą łzą. Jak zagarnia mnie jesienny zmierzch, starość.
Jak mi coraz bliżej do śmierci. I jak kocham ją, ich wszystkich,
Boga
PRZED OPERACJĄ
"Nigdy Go nie zapomnę. Ani jego, ani tego, czego mnie nauczył. Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam"
Katarzyna Kolenda-Zaleska
o biskupie Janie Chrapku
Jeżeli miałoby to być dzisiaj,
nie miałbym żalu
byłem kochany, kochałem,
nie została mi nigdy odebrana łaska wiary,
wybaczono mi wiele,
pomogłem kilku ludziom dostrzec światło
widziałem kiedyś
w płomiennych zorzach wczesnego sierpniowego wieczoru
różowy obłok na ciemnobłękitnym tle
a porwany do trzeciego nieba
pozostałem wdzięczny
czegóż chcieć więcej?
NIC WIĘCEJ
To wszystko tutaj i wokół jest ważne
i godne mojego istnienia.
Ale wiatr szarpie firanką zbyt mocno
jak na zwykły przypadek.
A grube krople deszczu padają na parapet
jak łzy przejętego moim losem Boga.
A na niebie wykwitł różowy obłok
jak rumieniec wstydu na twarzy wszechświata.
Za sekundę pojawi się tęcza.
Więc wyjawię owo wstydliwe pragnienie:
być jedynie tęsknotą.
Nikim i niczym mniej
KYRIE
Panie,
jest inaczej
niż być miało
ani góry,
ani morwy
nie rzucają się w morze na moje słowo
nieustannie idzie na burzę,
nieustannie czerwieni się zasępione niebo.
fale zalewają łódź. a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne
mam kilka ryb,
siedem chlebów
i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia
dotykałem tylekroć
Twojego płaszcza,
a nie jestem zdrowy
Ojciec Niebieski
ma coraz mniej pracy
z liczeniem moich włosów
a jestem w gorszym
położeniu niż Jair,
bo nie mam córki
mam oczy, a nie widzę,
mam uszy, a nie słyszę;
często też wpadam w ogień i w wodę
moje oczy wilgotnieją nieraz, ale nie od twojej śliny,
stąd też widzę niewyraźnie
ani odcięta prawica,
ani wyłupione oko
nie uczyniły mnie lepszym
tęsknię za Tobą.
Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić
ZORZE I JASKÓŁKI
Jak kość w gardle
ten wieczór
Jak brzęk szkła
które przetnie, skrwawi, zamąci
ta muzyka
Jak sól w różowych ustach rany
te słowa
Jak wieczny odpoczynek
to milczenie
ufaj
mimo wszystko
żyj
próbuj
kochaj.
To jest możliwe
na przekór
logice i pamięci
spójrz:
nad twoją głową
zorze i jaskółki
wyrzeknij się pewności,
lecz nie ufaj zwątpieniu
jasne niebo i ciemny las są tym samym
jedynie na linii horyzontu
i w snach
z pewnej odległości i po jakimś czasie
wszystko staje się
smugą drgającego błękitu.
I bardzo dobrze.
Ale to dopiero początek wtajemniczenia.
Bo przecież:
ten podmuch wiatru, teraz, w popołudniowych światłach
czerwca;
ten korytarz w powietrzu, wycięty ciałem
jaskółki;
to przeczucie śmierci, które łasi się jak wierny
pies;
twoja obecność pośród nas; nietrwała, słodka,
rozdzierająca -
- były, są, będą.
TEODYCEA
Zapach siana nad ranem,
w półmroku, przed brzaskiem,
w Cresier, na balkonie, po bezsennej nocy;
ów zapach świdrujący o czwartej nad ranem,
obietnica złożona na przedprożu dnia.
Ten zapach siana przed świtem kładę na dnie pamięci.
Niech mi będzie jako płomień na chwile ciemności,
jako dowód na istnienie Boga i mnie, nas, szczęścia.
Wszystkiego.
MOLESON
Ks. Darkowi Kąpińskiemu
Liście tańczą na pustej drodze,
na placu przed stuletnim kościołem,
pod koniec lata, w ciepłym wietrze,
nocą, w Broc.
Rankiem,
kiedy słońce rozedrze bieluśką gazę mgły,
ujrzymy szafirowe niebo i wysoką górę:
Moleson.
W pustym kościele odprawimy Mszę za świat,
który kochamy. Potem wypijemy kawę,
oddalimy śmierć.
Raz jeszcze uwierzymy
Życiu.
MONACHIUM
Nad Monachium ciekawsza połówka księżyca.
Na Marienplatz, pod platanem, akordeon
w rękach geniusza-kaleki.
Muzyka i wieczór. I zachwyt.
Zapachy cygar, potu, piwa, perfum,
miasta latem, szczęścia żywych.
Słyszę jak ktoś szepcze w czyjeś ucho:
"Najpiękniejsze ciągle przed nami"...
I wątpię, i wierzę.
WCZESNA JESIEŃ, PÓŹNY WIECZÓR. BÓG.
Październik
dbał o dominację bezwzględną gorzkich kolorów. Dyskretnie,
skutecznie. Żółć i czerwień zdały się bezpowrotnie odbierać światu zieleń.
I resztki iluzji. Zdawało się, że i obecność
Boga
Mówiła
o tym, ze nie rozumie
swojego życia. I że najprawdopodobniej
zna ścieg jego sensu jedynie
Bóg
Słuchałem
z zachwytem i bezradnością. Czułem jak mnie ubywa z każdym
jej słowem i z każdą łzą. Jak zagarnia mnie jesienny zmierzch, starość.
Jak mi coraz bliżej do śmierci. I jak kocham ją, ich wszystkich,
Boga
PRZED OPERACJĄ
"Nigdy Go nie zapomnę. Ani jego, ani tego, czego mnie nauczył. Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam"
Katarzyna Kolenda-Zaleska
o biskupie Janie Chrapku
Jeżeli miałoby to być dzisiaj,
nie miałbym żalu
byłem kochany, kochałem,
nie została mi nigdy odebrana łaska wiary,
wybaczono mi wiele,
pomogłem kilku ludziom dostrzec światło
widziałem kiedyś
w płomiennych zorzach wczesnego sierpniowego wieczoru
różowy obłok na ciemnobłękitnym tle
a porwany do trzeciego nieba
pozostałem wdzięczny
czegóż chcieć więcej?
NIC WIĘCEJ
To wszystko tutaj i wokół jest ważne
i godne mojego istnienia.
Ale wiatr szarpie firanką zbyt mocno
jak na zwykły przypadek.
A grube krople deszczu padają na parapet
jak łzy przejętego moim losem Boga.
A na niebie wykwitł różowy obłok
jak rumieniec wstydu na twarzy wszechświata.
Za sekundę pojawi się tęcza.
Więc wyjawię owo wstydliwe pragnienie:
być jedynie tęsknotą.
Nikim i niczym mniej
KYRIE
Panie,
jest inaczej
niż być miało
ani góry,
ani morwy
nie rzucają się w morze na moje słowo
nieustannie idzie na burzę,
nieustannie czerwieni się zasępione niebo.
fale zalewają łódź. a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne
mam kilka ryb,
siedem chlebów
i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia
dotykałem tylekroć
Twojego płaszcza,
a nie jestem zdrowy
Ojciec Niebieski
ma coraz mniej pracy
z liczeniem moich włosów
a jestem w gorszym
położeniu niż Jair,
bo nie mam córki
mam oczy, a nie widzę,
mam uszy, a nie słyszę;
często też wpadam w ogień i w wodę
moje oczy wilgotnieją nieraz, ale nie od twojej śliny,
stąd też widzę niewyraźnie
ani odcięta prawica,
ani wyłupione oko
nie uczyniły mnie lepszym
tęsknię za Tobą.
Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić
ZORZE I JASKÓŁKI
Jak kość w gardle
ten wieczór
Jak brzęk szkła
które przetnie, skrwawi, zamąci
ta muzyka
Jak sól w różowych ustach rany
te słowa
Jak wieczny odpoczynek
to milczenie
ufaj
mimo wszystko
żyj
próbuj
kochaj.
To jest możliwe
na przekór
logice i pamięci
spójrz:
nad twoją głową
zorze i jaskółki
Maria Przybylska
NIE ZA PÓŹNO
Za późno na ten gest
splatania warkocza
gdy trzecie pasmo już szronem grudniowe
lecz
czy za późno na pełne zachwytu
przywarcie do tego co przecież nie moje
- na dawnej pustce
ciepła, miękka ufność...
- nie za późno jedynie
na wiarę w nadzieję
że w końcu przyjdzie Miłość
- co rozjaśni wszystko...
LICZĘ ANIOŁY
Żeby nie zasnąć podczas długiego kazania
liczę anioły – jest ich siedemnaście
na ogół symetrycznie siedzą dokoła ołtarza
nieparzysty przycupnął na wysokim stropie
wszystkie przypominają wesołe wróble
choć zdarzają się też gamoniowate
zbyt krągłe kulki w obłokach baroku
Inaczej się dzieje w tęczowych kryształach
i w blasku przepuszczanym przez stare witraże
tam ciągły ruch, lekkość i śpiew światła
iluminacja też może się zdarzyć...
PRÓBA MODLITWY
Jesteś świetlistym szczytem góry
spoza skłębionych wiatrem czasu chmur
wystarczy lada powiew
by cię zasłonił mrok
pozwól choć chwilę oglądać twą jasność
albo daj słyszeć Twój najcichszy głos
niech umilknę przed Tobą którego nie słyszę
niech odetchnę powietrzem co tak rozrzedzone
otwórz moje oczy snem o śnie zmorzone
uszy głuche na to co nie jest mną samą
uwolnij mnie od mego w siebie uwikłania
wyplącz z mocnej siatki słabości codziennej
POCIECHA MŁODYM
gdy spojrzeć z odległości
w koleiny przeszłe
dawne smugi cienia
ułożą się w tęczę
Za późno na ten gest
splatania warkocza
gdy trzecie pasmo już szronem grudniowe
lecz
czy za późno na pełne zachwytu
przywarcie do tego co przecież nie moje
- na dawnej pustce
ciepła, miękka ufność...
- nie za późno jedynie
na wiarę w nadzieję
że w końcu przyjdzie Miłość
- co rozjaśni wszystko...
LICZĘ ANIOŁY
Żeby nie zasnąć podczas długiego kazania
liczę anioły – jest ich siedemnaście
na ogół symetrycznie siedzą dokoła ołtarza
nieparzysty przycupnął na wysokim stropie
wszystkie przypominają wesołe wróble
choć zdarzają się też gamoniowate
zbyt krągłe kulki w obłokach baroku
Inaczej się dzieje w tęczowych kryształach
i w blasku przepuszczanym przez stare witraże
tam ciągły ruch, lekkość i śpiew światła
iluminacja też może się zdarzyć...
PRÓBA MODLITWY
Jesteś świetlistym szczytem góry
spoza skłębionych wiatrem czasu chmur
wystarczy lada powiew
by cię zasłonił mrok
pozwól choć chwilę oglądać twą jasność
albo daj słyszeć Twój najcichszy głos
niech umilknę przed Tobą którego nie słyszę
niech odetchnę powietrzem co tak rozrzedzone
otwórz moje oczy snem o śnie zmorzone
uszy głuche na to co nie jest mną samą
uwolnij mnie od mego w siebie uwikłania
wyplącz z mocnej siatki słabości codziennej
POCIECHA MŁODYM
gdy spojrzeć z odległości
w koleiny przeszłe
dawne smugi cienia
ułożą się w tęczę
ks. Jan Twardowski
WIERZĘ
Wierzę w Boga
z miłości do 15 milionów trędowatych
do silnych jak koń dźwigających paki od rana do nocy
do 30 milionów obłąkanych
do ciotek którym włosy wybielały od długiej dobroci
do wpatrujących się tak zawzięcie w krzywdę żeby nie widzieć sensu
do przemilczanych - śpiących z trąbą archanioła pod poduszką
do dziewczynki bez piątej klepki
do wymyślających krople na serce
do pomordowanych przez białego chrześcijanina
do wyczekującego spowiednika z uszami na obie strony
do oczu schizofrenika
do radujących się z tego powodu że stale otrzymują
i stale muszą oddawać
bo gdybym nie wierzył
osunęliby się w nicość
MIŁOŚĆ
świat zmaglowany
polityka pudło
dom już nie tamten
inna brama
nie wierzący na roratach w kościele
tylko miłość
wariatka ta sama
BOJĘ SIĘ TWOJEJ MIŁOŚCI
Nie boję się dętej orkiestry przy końcu świata
biblijnego tupania
boję się Twojej miłości
że kochasz zupełnie inaczej
tak bliski i inny
jak mrówka przed niedźwiedziem
krzyże ustawiasz jak żołnierzy na wysokich
nie patrzysz moimi oczyma
może widzisz jak pszczoła
dla której białe lilie są zielononiebieskie
pytającego omijasz jak jeża na spacerze
głosisz że czystość jest oddaniem siebie
ludzi do ludzi zbliżasz
i stale uczysz odchodzić
mówisz zbyt często do żywych
umarli to wytłumaczą
boję się Twojej miłości
tej najprawdziwszej i innej
Być nie zauważonym
Być nie zauważonym by spotkać się z Tobą
nie czytanym zbytecznym
właśnie byle jakim
przekreślonym do końca nonszalancją ręki
aromatem nie mocnym jeszcze nie poznanym
tuż pomiędzy goździkiem pieprzem i migdałem
fotografią nieważną bo niedokąpaną
liryzmem co się siebie coraz więcej wstydzi
książką którą się kładzie wciąż jedną na drugiej
jabłkiem po gruszce zawsze trochę kwaśnym
rakiem trzymanym w koszu z pokrzywami
włosami co odchodzą jak myszy po cichu
szczygłem co chciał przyfrunąć lecz umarł wysoko
z ogonem tak leciutkim że ponad rozpaczą
biedronką zapomnianą gdy przechodzą żuki
świętym któremu w czas remontu utrącono głowę
niech będzie niewidzialnym skoro stał się dobrym
CO PROSI O MIŁOŚĆ
Bóg wszechmogący co prosi o miłość
tak wszechmogący że nie wszystko może
skoro dał wolną wolę
miłość teraz sama
wybiera po swojemu
to czyni co zechce
więc czasem wzruszenie jak szczęście przylaszczek
co się od razu na wiosnę kochają
bywa obojętność to jest sprawy trudne
głogi tak bardzo bliskie że siebie nie znają
kocha lub nie kocha - to jęk nie pytanie
więc oczy zwierząt ogromne i smutne
śpi spokojnie w gnieździe
szpak szpakowa szpaczek
Bóg co prosi o miłość
rozgrzeszy zrozumie
Wszechmoc wszystko potrafi
więc także zapłacze
Wszechmoc gdy kocha najsłabszym
Wierzę w Boga
z miłości do 15 milionów trędowatych
do silnych jak koń dźwigających paki od rana do nocy
do 30 milionów obłąkanych
do ciotek którym włosy wybielały od długiej dobroci
do wpatrujących się tak zawzięcie w krzywdę żeby nie widzieć sensu
do przemilczanych - śpiących z trąbą archanioła pod poduszką
do dziewczynki bez piątej klepki
do wymyślających krople na serce
do pomordowanych przez białego chrześcijanina
do wyczekującego spowiednika z uszami na obie strony
do oczu schizofrenika
do radujących się z tego powodu że stale otrzymują
i stale muszą oddawać
bo gdybym nie wierzył
osunęliby się w nicość
MIŁOŚĆ
świat zmaglowany
polityka pudło
dom już nie tamten
inna brama
nie wierzący na roratach w kościele
tylko miłość
wariatka ta sama
BOJĘ SIĘ TWOJEJ MIŁOŚCI
Nie boję się dętej orkiestry przy końcu świata
biblijnego tupania
boję się Twojej miłości
że kochasz zupełnie inaczej
tak bliski i inny
jak mrówka przed niedźwiedziem
krzyże ustawiasz jak żołnierzy na wysokich
nie patrzysz moimi oczyma
może widzisz jak pszczoła
dla której białe lilie są zielononiebieskie
pytającego omijasz jak jeża na spacerze
głosisz że czystość jest oddaniem siebie
ludzi do ludzi zbliżasz
i stale uczysz odchodzić
mówisz zbyt często do żywych
umarli to wytłumaczą
boję się Twojej miłości
tej najprawdziwszej i innej
Być nie zauważonym
Być nie zauważonym by spotkać się z Tobą
nie czytanym zbytecznym
właśnie byle jakim
przekreślonym do końca nonszalancją ręki
aromatem nie mocnym jeszcze nie poznanym
tuż pomiędzy goździkiem pieprzem i migdałem
fotografią nieważną bo niedokąpaną
liryzmem co się siebie coraz więcej wstydzi
książką którą się kładzie wciąż jedną na drugiej
jabłkiem po gruszce zawsze trochę kwaśnym
rakiem trzymanym w koszu z pokrzywami
włosami co odchodzą jak myszy po cichu
szczygłem co chciał przyfrunąć lecz umarł wysoko
z ogonem tak leciutkim że ponad rozpaczą
biedronką zapomnianą gdy przechodzą żuki
świętym któremu w czas remontu utrącono głowę
niech będzie niewidzialnym skoro stał się dobrym
CO PROSI O MIŁOŚĆ
Bóg wszechmogący co prosi o miłość
tak wszechmogący że nie wszystko może
skoro dał wolną wolę
miłość teraz sama
wybiera po swojemu
to czyni co zechce
więc czasem wzruszenie jak szczęście przylaszczek
co się od razu na wiosnę kochają
bywa obojętność to jest sprawy trudne
głogi tak bardzo bliskie że siebie nie znają
kocha lub nie kocha - to jęk nie pytanie
więc oczy zwierząt ogromne i smutne
śpi spokojnie w gnieździe
szpak szpakowa szpaczek
Bóg co prosi o miłość
rozgrzeszy zrozumie
Wszechmoc wszystko potrafi
więc także zapłacze
Wszechmoc gdy kocha najsłabszym
Roman Brandstaetter
PIEŚŃ MADONNY
Sławię człowieka.
Który jest dziełem
Mojego Pana.
Mój Pan go ulepił
Z materii i energii
Na granicy wody i ziemi
I dał mu twarz
Wieczności.
Jego mózg uczynił
Stolicą mądrości.
Jego serce —
Tronem miłości i krwi.
Jego zmysłom
Dał intuicję aniołów.
Wyobraźni —
Widzenie niebiosów.
Ciału —
Piękno cedrów libańskich.
Uderzam palcami
W siedmiostruną lutnię
I śpiewam chwałę
Dzieła Pańskiego.
Albowiem jest dobre.
Więc dlaczego smucisz się
I szukasz sensu swojego istnienia
Na mieliznach
Nieładu i zwątpień.
I ukamienowanych wartości?
Dlaczego lękasz się
Życia i śmierci,
Wieczności i przemijania.
I cienia własnej dłoni?
Nie trwóż się.
Nie jesteś osią
Kosmosu,
Który przemija.
Ani osią
Życia,
Które się wypala.
Ani osią
Swojego domu.
Zlota
I spichlerzy,
Które są marnością
Nad marnościami.
Jesteś osią Boga.
Mój Pan krąży dokoła
Ciebie.
Jak rój pszczeli
Dokoła ula,
Jak ptak
Dokoła gniazda.
Jak ziemia
Dokoła osi.
Więc dlaczego smucisz się,
Duszo człowiecza.
Burzo krwawiąca
W glinianej urnie?
ZBLIŻ SIĘ DO MEGO SERCA...
Zbliż się do mego serca. Mam poczucie winy.
Wciąż mi się zdaje, że jestem mordercą,
Poszukiwanym przez wszystkie straże niebiosów,
Które coraz szczelniej otaczają moje ciało,
Ciało mojej nieustannej ucieczki,
Ciało mojej pustyni,
Ciało mojej heretyckiej teologii.
Nie mam zamiaru
Ukrywać się w lesie elegijnych eukaliptusów
Ani zacierać śladów mojej obecności
Na piasku. Czekam na przyjście
Dwóch czarno odzianych aniołów
Z bambusowymi laseczkami
W filuternych dłoniach.
Któż nie pozna ich uśmiechów, misternie złożonych,
Jak wnętrze róży? Któż nie pozna?
Muszę być winny, bo mam poczucie winy.
Jest to równanie niemożliwe do rozwiązania.
Wprawdzie rozcinam zagadnienie jak owoc granatu,
Chcąc w jego wnętrzu odnaleźć odpowiedź,
Ale pestka nie jest odpowiedzią. Jest zalążkiem
Innego granatu. Zbliż się do mego serca.
Sławię człowieka.
Który jest dziełem
Mojego Pana.
Mój Pan go ulepił
Z materii i energii
Na granicy wody i ziemi
I dał mu twarz
Wieczności.
Jego mózg uczynił
Stolicą mądrości.
Jego serce —
Tronem miłości i krwi.
Jego zmysłom
Dał intuicję aniołów.
Wyobraźni —
Widzenie niebiosów.
Ciału —
Piękno cedrów libańskich.
Uderzam palcami
W siedmiostruną lutnię
I śpiewam chwałę
Dzieła Pańskiego.
Albowiem jest dobre.
Więc dlaczego smucisz się
I szukasz sensu swojego istnienia
Na mieliznach
Nieładu i zwątpień.
I ukamienowanych wartości?
Dlaczego lękasz się
Życia i śmierci,
Wieczności i przemijania.
I cienia własnej dłoni?
Nie trwóż się.
Nie jesteś osią
Kosmosu,
Który przemija.
Ani osią
Życia,
Które się wypala.
Ani osią
Swojego domu.
Zlota
I spichlerzy,
Które są marnością
Nad marnościami.
Jesteś osią Boga.
Mój Pan krąży dokoła
Ciebie.
Jak rój pszczeli
Dokoła ula,
Jak ptak
Dokoła gniazda.
Jak ziemia
Dokoła osi.
Więc dlaczego smucisz się,
Duszo człowiecza.
Burzo krwawiąca
W glinianej urnie?
ZBLIŻ SIĘ DO MEGO SERCA...
Zbliż się do mego serca. Mam poczucie winy.
Wciąż mi się zdaje, że jestem mordercą,
Poszukiwanym przez wszystkie straże niebiosów,
Które coraz szczelniej otaczają moje ciało,
Ciało mojej nieustannej ucieczki,
Ciało mojej pustyni,
Ciało mojej heretyckiej teologii.
Nie mam zamiaru
Ukrywać się w lesie elegijnych eukaliptusów
Ani zacierać śladów mojej obecności
Na piasku. Czekam na przyjście
Dwóch czarno odzianych aniołów
Z bambusowymi laseczkami
W filuternych dłoniach.
Któż nie pozna ich uśmiechów, misternie złożonych,
Jak wnętrze róży? Któż nie pozna?
Muszę być winny, bo mam poczucie winy.
Jest to równanie niemożliwe do rozwiązania.
Wprawdzie rozcinam zagadnienie jak owoc granatu,
Chcąc w jego wnętrzu odnaleźć odpowiedź,
Ale pestka nie jest odpowiedzią. Jest zalążkiem
Innego granatu. Zbliż się do mego serca.
Anna Kamieńska
BEZDROŻE
Widzę jak kroczy po wodzie po chmurach
to szczególne załamanie światła
jakiego nie odnalazł nikt z Rembrandtów
naszą sprawą jest tonąć i krzyczeć
a On spokojny nie boi się naszego zwątpienia
idzie każdym bezdrożem
bo jest drogą
PROŚBA
Boże przywróć rzeczom blask utracony
oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość
a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite
zdejm z oczu popiół
oczyść język z piołunu
spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami
nasi umarli niechaj śpią w zieleni
niech żal uparty nie wstrzymuje czasu
a żywym niechaj rosną serca od miłości
TWARZ
Twarz wypłynęła bruzdami zorana
cierpieniem podziobana zapisana bólem
skorupa pomarszczona lampa wygaszona
gruda człowiecza śmiercią przemieniona
Boże weź tę bolesną głowę w swoje ręce
tak niebo trzyma w dłoniach ziemię
MODLITWA
Z iskry z prochu ulep mnie na nowo
znów zasadź drzewa w moim raju
jeszcze raz daj mi niebo nad głową
Bym Ci mogła przeczyć rozumami
przywoływać wszystkimi płaczami
odnajdywać jak miłość wargami
NA KOLANACH
Z oczu odłupał się błękit
z języka starła się słodycz
z palców zdarła się czułość
suche usta słów
nie szukają pocałunku rymów
studnia jest zatruta
woda martwa
samotność pusta
a jednak ktoś tam we mnie
niezmordowanie klęczy na kolanach
NIEWIARA
Tak
nawet kiedy nie wierzę
jest we mnie miejsce
dla niewiary niedostępne
rezerwat uparty
nieprzetrzebiony
skrawek dzikiej łaski
nietknięty śpiący w ciele ból
muzyka która w ciszy gniazdo wije
JESZCZE NIGDY
Jeszcze nigdy nie szłam tak ciężko
jakbym dźwigała na sobie całą Biblię
pustynie jej góry i morza
by wszystkie podnieść na wysokość krzyża
MODLITWA
Modlitwą zamykam usta aby nie krzyczeć
modlitwą zamykam oczy aby nie pragnąć
DZIĘKUJĘ
Dziękuję niebu że nauczono mnie wiązać snopki
łuskać groch obierać ziemniaki
dziękuję ziemi że dano mi prać pieluchy
przewijać dzieci czytać po łacinie
i pisać wiersze
wszystko jak Bóg przykazał w swoim czasie
TAK KIEDY W TŁUMIE
Tak kiedy w tłumie ujrzysz nagle kogoś
czekając na zielone światło
jest cały jasny i promienny
w otoku nieznanego światła
zapragniesz biec ku temu wszystkiemu co było
Tak spotkasz tego kto jest Panem
wmieszany w tłum da ci się poznać
po tej światłości którą zarzuci na niego
tak długo czekająca
cierpliwa twoja miłość
DROGA
Panie nasz
Jak szedłeś sam
przez ciasto życia
przez Matkę i Józefa
Annę Symeona
Jana Szymona
Martę Marię Łazarza
przez ślepych opętanych
trędowatych
przez Nikodema
Judasza
Piłata
łotrów obu
Szawła
Jak idziesz wciąż
przez nasze ciała
Tak ja niech pójdę
Przez spotkanego na wąskiej kładce
przez tego co biegł za mną brzegiem morza
tego co pryskał śliną gadulstwa
i nieśmiałego który mówił nic nie mówiąc
przez czyste oczy małego chłopca
przez babkę obok której klękam
nawet przez tego pana na ulicy
który nieznacznie sięga ręką w śmietnik
szukając niedopałków
przez tego co pożycza pieniądze na wódkę
tego któremu się ręki nie podaje
także któremu wszystkie ręce klaszczą
przez niemądrą dziewczynę o fioletowych paznokciach
przez kłótliwą zacietrzewioną urodę
i przez cienistą brzydotę
przez matkę
matkę matki
i przez syna
Do Ciebie
PRZYSZEDŁ
Przyszedł stanął przede mną
pod postacią ciemności
więc nie poznałam
dopiero ból znajomy mi powiedział
to On
ODCHODZĘ
Odchodzę od Ciebie codziennie
pracowicie jak mrówka
no powiedz
na ile lat
na ile dni świetlnych
i ciemnych
mam się oddalić od Ciebie
aby się zbliżyć tak bardzo
że przylgnąć
i zniknąć w Tobie
Wołam
przez całą szerokość Biblii
otchłań do Otchłani
NIEWIARA
Któż może jeszcze wierzyć w Boga
już kosmonauci przeszukali niebo
pod każdą gwiazdę jak pod krzesło zaglądali
Daremnie patrzą w górę łzawe oczy ikon
drapią się w niebo wieże i kopuły
krzyczą dżamije synagogi
w dwudziestym wieku wierzą w Boga tylko starcy
Jeden sentymentalny staruch Einstein
niezdarnie grał na skrzypcach
chodził boso i rozmawiał z Bogiem o geometrii
Drugi Jan w Rzymie leży cicho
pod kopułą Piotra
nie ma nic do powiedzenia
Bo cóż tu mówić
kiedy Bóg jak każda mądra miłość
jest milczeniem
Widzę jak kroczy po wodzie po chmurach
to szczególne załamanie światła
jakiego nie odnalazł nikt z Rembrandtów
naszą sprawą jest tonąć i krzyczeć
a On spokojny nie boi się naszego zwątpienia
idzie każdym bezdrożem
bo jest drogą
PROŚBA
Boże przywróć rzeczom blask utracony
oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość
a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite
zdejm z oczu popiół
oczyść język z piołunu
spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami
nasi umarli niechaj śpią w zieleni
niech żal uparty nie wstrzymuje czasu
a żywym niechaj rosną serca od miłości
TWARZ
Twarz wypłynęła bruzdami zorana
cierpieniem podziobana zapisana bólem
skorupa pomarszczona lampa wygaszona
gruda człowiecza śmiercią przemieniona
Boże weź tę bolesną głowę w swoje ręce
tak niebo trzyma w dłoniach ziemię
MODLITWA
Z iskry z prochu ulep mnie na nowo
znów zasadź drzewa w moim raju
jeszcze raz daj mi niebo nad głową
Bym Ci mogła przeczyć rozumami
przywoływać wszystkimi płaczami
odnajdywać jak miłość wargami
NA KOLANACH
Z oczu odłupał się błękit
z języka starła się słodycz
z palców zdarła się czułość
suche usta słów
nie szukają pocałunku rymów
studnia jest zatruta
woda martwa
samotność pusta
a jednak ktoś tam we mnie
niezmordowanie klęczy na kolanach
NIEWIARA
Tak
nawet kiedy nie wierzę
jest we mnie miejsce
dla niewiary niedostępne
rezerwat uparty
nieprzetrzebiony
skrawek dzikiej łaski
nietknięty śpiący w ciele ból
muzyka która w ciszy gniazdo wije
JESZCZE NIGDY
Jeszcze nigdy nie szłam tak ciężko
jakbym dźwigała na sobie całą Biblię
pustynie jej góry i morza
by wszystkie podnieść na wysokość krzyża
MODLITWA
Modlitwą zamykam usta aby nie krzyczeć
modlitwą zamykam oczy aby nie pragnąć
DZIĘKUJĘ
Dziękuję niebu że nauczono mnie wiązać snopki
łuskać groch obierać ziemniaki
dziękuję ziemi że dano mi prać pieluchy
przewijać dzieci czytać po łacinie
i pisać wiersze
wszystko jak Bóg przykazał w swoim czasie
TAK KIEDY W TŁUMIE
Tak kiedy w tłumie ujrzysz nagle kogoś
czekając na zielone światło
jest cały jasny i promienny
w otoku nieznanego światła
zapragniesz biec ku temu wszystkiemu co było
Tak spotkasz tego kto jest Panem
wmieszany w tłum da ci się poznać
po tej światłości którą zarzuci na niego
tak długo czekająca
cierpliwa twoja miłość
DROGA
Panie nasz
Jak szedłeś sam
przez ciasto życia
przez Matkę i Józefa
Annę Symeona
Jana Szymona
Martę Marię Łazarza
przez ślepych opętanych
trędowatych
przez Nikodema
Judasza
Piłata
łotrów obu
Szawła
Jak idziesz wciąż
przez nasze ciała
Tak ja niech pójdę
Przez spotkanego na wąskiej kładce
przez tego co biegł za mną brzegiem morza
tego co pryskał śliną gadulstwa
i nieśmiałego który mówił nic nie mówiąc
przez czyste oczy małego chłopca
przez babkę obok której klękam
nawet przez tego pana na ulicy
który nieznacznie sięga ręką w śmietnik
szukając niedopałków
przez tego co pożycza pieniądze na wódkę
tego któremu się ręki nie podaje
także któremu wszystkie ręce klaszczą
przez niemądrą dziewczynę o fioletowych paznokciach
przez kłótliwą zacietrzewioną urodę
i przez cienistą brzydotę
przez matkę
matkę matki
i przez syna
Do Ciebie
PRZYSZEDŁ
Przyszedł stanął przede mną
pod postacią ciemności
więc nie poznałam
dopiero ból znajomy mi powiedział
to On
ODCHODZĘ
Odchodzę od Ciebie codziennie
pracowicie jak mrówka
no powiedz
na ile lat
na ile dni świetlnych
i ciemnych
mam się oddalić od Ciebie
aby się zbliżyć tak bardzo
że przylgnąć
i zniknąć w Tobie
Wołam
przez całą szerokość Biblii
otchłań do Otchłani
NIEWIARA
Któż może jeszcze wierzyć w Boga
już kosmonauci przeszukali niebo
pod każdą gwiazdę jak pod krzesło zaglądali
Daremnie patrzą w górę łzawe oczy ikon
drapią się w niebo wieże i kopuły
krzyczą dżamije synagogi
w dwudziestym wieku wierzą w Boga tylko starcy
Jeden sentymentalny staruch Einstein
niezdarnie grał na skrzypcach
chodził boso i rozmawiał z Bogiem o geometrii
Drugi Jan w Rzymie leży cicho
pod kopułą Piotra
nie ma nic do powiedzenia
Bo cóż tu mówić
kiedy Bóg jak każda mądra miłość
jest milczeniem
Tomasz Żółtko
* * *
Piękno…
Tak przepięknie n i e d o o k r e ś l o n e
Kocham – bo nie do sprzedaży detalicznej
Dla sztuki żer…
Ludzie mali naiwnie utrzymują
że we dwójkę mają łagodzić obyczaje…
Piękno…
Tak przepięknie subtelne i wyzywające
Kocham – bo kpi z naszych gustów
Jedyne dla koneserów…
Ludzie mali naiwnie szukają go
śledząc tropy „gołej baby na gołym koniu”…
Piękno…
Tak przepięknie gardzące sukcesem
Kocham – bo jest trucizną na to „co się przyjęło”
Dla podejmujących wyzwania…
Ludzie mali naiwnie wierzą
że obdarzyło nieśmiałym uczuciem szczęście…
Piękno…
Tak przepięknie n i e n a u k o w e
Kocham – bo to jednak kroplówka dla „nieaksjomatów”
Też dla ociemniałych…
Ludzie mali próbują je tłumaczyć
chemią w podwzgórzu mózgowia…
Piękno…
Tak przepięknie m o t y w u j ą c e
Kocham – bo zazwyczaj jest „wbrew” i „pomimo”
Łatwo dostępne dla dzieci…
Ludzie mali nachalnie chcą czynić mu pomniki
ono zaś im piaskem przez palce…
Piękno…
Najniezwyklejsza poszlaka
że jednak
Ktoś…
gdzieś…
w nas…
gdziekolwiek…
…kocham…
Kraków 22 12 2006
***
Przyznaję…
…przytłoczony ciężarem
naukowego oglądu istoty rzeczy
oraz przed ośmieszeniem lękiem
zgoła panicznym…
- w nerwach zrywając etykietkę
fundamentalisty-prymitywa
…poległem…
i zaczynam myśleć nowocześnie
- że wiarę można jakoś zgodzić
… z ewolucją…
Tyle że…
jeśli Bóg stworzył człowieka
na o b r a z swój i p o d o b i e ń s t w o
zaś Pitekantropus
to mój pra pra …
- to kto tutaj kogo p r z y p o m i n a ?
Stwórca mnie?
Ja Pitekantropa?
Czy Pitekantrop … Pana Boga ?!!!
Kraków 03 11 2006
***
Dziękuję, że nie byłem
w t e d y
przechodniem w małym Betlejemie…
Bo choć schlebianie teologii
wymuszało wiedzę,
iż Mesjasz właśnie t u t a j
To jednak w życiu nie zajrzałbym
do s t o d o ł y
Raczej hotel – cztery gwiazdki
Późna kolacja z dobrym winem…
Dziękuję, że nie pomieszkiwałem
w t e d y
w zaściankowo-nędznym Nazarecie
Bo choć słuszne wychowanie
pewnie by zmogło
szydercze myśli o prowincji
To jednak ciesielstwem bez matury
jawnie p o g a r d z a ł b y m
Raczej Ci dobrze wykształceni…
O bycie wysokie rozważania…
Dziękuję, że się nie tłoczyłem
w t e d y
w podnieconym tłumie gapiów
Bo choć w świetle dnia czynione
… z n a k i … c u d y…
widziałbym jako ewidentne
To jednak sens ukryty w przypowieściach J e g o
u m k n ą ł b y mi
raczej zbyt plebejski
Ot takie urąganie filozofii…
Dziękuję, że się nie gorszyłem
w t e d y
oburzającym brakiem patriotycznych haseł
Bo choć tak wiele opowiadał
o swoim Ojcu gdzieś tam w Niebie
- cóż za bezczelność swoją drogą…!
To jednak „Bóg, Honor i Ojczyzna”
z siebie nie wykrztusił nigdy
Raczej dla kolaborantów mając zrozumienie…?
Zupełnie niepojęte!
Dziękuję, że nie widziałem
w t e d y
jak Go dotykała p r o s t y t u t k a
Bo choć może była to
kobieta biedna
- kto wie – głęboko nieszczęśliwa nawet…
To jednak – jak świat światem
zawsze zawód jej urągał przyzwoitym… świętym…
Raczej więc wzruszyłbym ramionami
Twarz i czystość zachowawszy…f a r y z e j s k i e…
Dziękuję, że nie krzyczałem
w t e d y
„Hosanna” – gdy On wjeżdżał na osiołku
Bo choć przez chwilę krótką
- mimo zastrzeżeń –
w stolicy zaczynał jawić mi się K r ó l e m
To jednak ledwie tydzień później
w amoku darłbym się: Na krzyż z Nim!!!
Raczej „Hosannę” przeklinając
Dziwiąc się tamtej egzaltacji…
Dziękuję, że nie patrzyłem
w t e d y
na tę publiczną egzekucję
Bo choć na widok krwi
…wbijanych gwoździ…
zasłabłbym pewnie nieprzywykły
To jednak wstrząs i niesmak
duszą widza by targały krótko
Raczej po wieczornym, mocnym trunku
zasnąłbym słodko - niemowlę ciche…
Dziękuję, że nie spotkałem
w t e d y
kobiet bredzących coś o p u s t y m grobie
Bo bym wyśmiał…!
Kraków 20 04 2006
***
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie n i e d o j r z a ł e
Tylko duchowe wojny toczyć
Upadłych aniołów miast Syna wypatrywać
Gromić… uzdrawiać… prorokować
Modlitwą lenistwo rozgrzeszać
Sny śnić…
A przecież…
Jego kochać ponad wszystko
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie f a n a t y c z n e
Tylko bez końca zepsuty świat poprawiać
Wyższą moralność wśród fanfar głosić
Spiski libertyńskie górnolotnie tropić
Obleśnie szare pajęcze sieci rwać
z hymnem na ustach… ( fałszowanym nieco…)
A przecież…
Architekta w stworzeniu dojrzeć
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie o d m ó ż d ż o n e
Zawsze poprawnie politycznie myśleć
Za ropę dać się islamistom wyrżnąć
Tożsamość swą demokratycznie zdeptać
Wszystko co myśl ogarnia zrelatywizować
od siebie poczynając…
A przecież…
Dla kogoś zaistnieć niepostmodernistycznie
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele
takie p o t ę p i e ń c z e
Zawsze szyld wyżej Ukrzyżowanego wieszać
Urzędnikiem a nie naśladowcą zostać
Szukanie Prawdy instytucją zbałamucić
Sumienie inercją i tradycją podniośle wykastrować
przy wtórze dzwonów
A przecież…
Zaprosić i przyjąć Kołaczącego
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
…Chciałbym być mistrzem…!
Kraków 25.10.2006
***
Najczęściej
każdy z nas (raczej - bez wyjątku)
i tak wie tylko to
co chce wiedzieć
- widzi
- rozumie
co chce pojąć i zobaczyć
Czasami więc
naprawdę nie warto już nic tłumaczyć
- odmieńcy nie zapadną się pod ziemię ...
Czasami więc
zwyczajnie trzeba machnąć ręką
- robić swoje dalej ... wytrwale
Czasami zaś
... przytulić się ... o ile się ma do kogo ...
lub
zapłakaną poduszką sen przywitać
Byle do wiosny ...
Gdańsk 22.05.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Pozrywaj ze mnie sznurki
Niech spadnie marionetka
Przecież uliczny teatr
powinien w zapasie mieć drugą
Zedrzyj czapkę błazna
Czas już kończyć widowisko
które bardziej aktora
niż widzów rozbawia
Bo nawet murzyn z papugą
potrafi cieszyć tylko do czasu
Ale ... ale ... czy murzyn
to też aby człowiek ?
A papuga ... ?
Gdańsk noc 26/27 03 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Jeżeli ktoś
(k t o ś to znaczy taki k t ó ś)
pojąć nie potrafi
że żyją tacy
- młodzi - czasem nawet starzy
(i nie ważne czy jest ich wielu)
co szczerą radość czerpią
ze skandalu trampek
widzianych
do fraka z peleryną
lub
prania dżinsów na sobie w kąpieli
- niech pije więcej mleka !
Na brak wyobraźni
ono
z pewnością mu nie pomoże
- ani na rozgoryczenie -
ale przynajmniej
złagodzić może nadkwasotę
i zgagę poranną
- choć też wcale nie musi ...
Gdańsk noc 16 01 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Ech! Jakby tak
Osiągalnym było
Wyciszenie nawiedzonych kobiet
(bez użycia broni)
Zmierzch plotkowania
(coś na kształt ... z a n i e m ó w i e n i a)
Bezpieczeństwo od życzliwych doradców
(co to z butami do duszy)
Szczera przyjaźń damsko - męska
(wolna od podtekstów)
Pisanie muzyki i spokojne noce
(gdy nie męczą majaki)
Dowiedzenie - że są dziś jeszcze dobre skrzaty leśne
(kiedyś żyły przecież)
Ech! Jakby tak ...
Lecz ja - no cóż - wszak niewierny Tomasz
- wszystko to
"między bajki włożę"
Gdańsk 17.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Na przypomnienie ciepła
dłoni Twojej
Na przypomnienie spojrzeń
zamieszkałych w pamięci
tylko
jak w encyklopedii starej
- rzucam czasami w łachmany żebracze
pieniądz wołania
o jeszcze jeden kęs postnego chleba
wdzięczność Bogu składając
za zdolność odczuwania
za myśl nieokiełznaną
za niepokój serca
... nieustanne ...
... niezatrzymane ...
... rozgonione ...
Gdańsk, noc, 03/04.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
W kości zagrać
Wspomnieć przyjaciół
serdecznie
ze sobą
Ubrać kurtkę skórzaną
( na gołe ciało - o zgrozo ! ! ! )
i nadmorskim spacerem
późną noc przywitać
razem z zadumą ...
Spontanicznym ekscentryzmem
zbulwersować gawiedź ciekawską ...
Pomysłów na siebie
- szalonych niekiedy
łobuzersko -
poodkrywać znów kilka
Nadzieję podsycić nadzieją ...
Śmiać się głośno
Gumę żuć ...
... lubię ...
tak bardzo dziecinnie ...
... tak ... bardzo banalnie...
Ktoś mi powiedział
że to typowy
męski świat w kiepskim stylu
Może miał rację ... ?
Nie jestem pewien ...
Gdańsk 15.09.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
Piękno…
Tak przepięknie n i e d o o k r e ś l o n e
Kocham – bo nie do sprzedaży detalicznej
Dla sztuki żer…
Ludzie mali naiwnie utrzymują
że we dwójkę mają łagodzić obyczaje…
Piękno…
Tak przepięknie subtelne i wyzywające
Kocham – bo kpi z naszych gustów
Jedyne dla koneserów…
Ludzie mali naiwnie szukają go
śledząc tropy „gołej baby na gołym koniu”…
Piękno…
Tak przepięknie gardzące sukcesem
Kocham – bo jest trucizną na to „co się przyjęło”
Dla podejmujących wyzwania…
Ludzie mali naiwnie wierzą
że obdarzyło nieśmiałym uczuciem szczęście…
Piękno…
Tak przepięknie n i e n a u k o w e
Kocham – bo to jednak kroplówka dla „nieaksjomatów”
Też dla ociemniałych…
Ludzie mali próbują je tłumaczyć
chemią w podwzgórzu mózgowia…
Piękno…
Tak przepięknie m o t y w u j ą c e
Kocham – bo zazwyczaj jest „wbrew” i „pomimo”
Łatwo dostępne dla dzieci…
Ludzie mali nachalnie chcą czynić mu pomniki
ono zaś im piaskem przez palce…
Piękno…
Najniezwyklejsza poszlaka
że jednak
Ktoś…
gdzieś…
w nas…
gdziekolwiek…
…kocham…
Kraków 22 12 2006
***
Przyznaję…
…przytłoczony ciężarem
naukowego oglądu istoty rzeczy
oraz przed ośmieszeniem lękiem
zgoła panicznym…
- w nerwach zrywając etykietkę
fundamentalisty-prymitywa
…poległem…
i zaczynam myśleć nowocześnie
- że wiarę można jakoś zgodzić
… z ewolucją…
Tyle że…
jeśli Bóg stworzył człowieka
na o b r a z swój i p o d o b i e ń s t w o
zaś Pitekantropus
to mój pra pra …
- to kto tutaj kogo p r z y p o m i n a ?
Stwórca mnie?
Ja Pitekantropa?
Czy Pitekantrop … Pana Boga ?!!!
Kraków 03 11 2006
***
Dziękuję, że nie byłem
w t e d y
przechodniem w małym Betlejemie…
Bo choć schlebianie teologii
wymuszało wiedzę,
iż Mesjasz właśnie t u t a j
To jednak w życiu nie zajrzałbym
do s t o d o ł y
Raczej hotel – cztery gwiazdki
Późna kolacja z dobrym winem…
Dziękuję, że nie pomieszkiwałem
w t e d y
w zaściankowo-nędznym Nazarecie
Bo choć słuszne wychowanie
pewnie by zmogło
szydercze myśli o prowincji
To jednak ciesielstwem bez matury
jawnie p o g a r d z a ł b y m
Raczej Ci dobrze wykształceni…
O bycie wysokie rozważania…
Dziękuję, że się nie tłoczyłem
w t e d y
w podnieconym tłumie gapiów
Bo choć w świetle dnia czynione
… z n a k i … c u d y…
widziałbym jako ewidentne
To jednak sens ukryty w przypowieściach J e g o
u m k n ą ł b y mi
raczej zbyt plebejski
Ot takie urąganie filozofii…
Dziękuję, że się nie gorszyłem
w t e d y
oburzającym brakiem patriotycznych haseł
Bo choć tak wiele opowiadał
o swoim Ojcu gdzieś tam w Niebie
- cóż za bezczelność swoją drogą…!
To jednak „Bóg, Honor i Ojczyzna”
z siebie nie wykrztusił nigdy
Raczej dla kolaborantów mając zrozumienie…?
Zupełnie niepojęte!
Dziękuję, że nie widziałem
w t e d y
jak Go dotykała p r o s t y t u t k a
Bo choć może była to
kobieta biedna
- kto wie – głęboko nieszczęśliwa nawet…
To jednak – jak świat światem
zawsze zawód jej urągał przyzwoitym… świętym…
Raczej więc wzruszyłbym ramionami
Twarz i czystość zachowawszy…f a r y z e j s k i e…
Dziękuję, że nie krzyczałem
w t e d y
„Hosanna” – gdy On wjeżdżał na osiołku
Bo choć przez chwilę krótką
- mimo zastrzeżeń –
w stolicy zaczynał jawić mi się K r ó l e m
To jednak ledwie tydzień później
w amoku darłbym się: Na krzyż z Nim!!!
Raczej „Hosannę” przeklinając
Dziwiąc się tamtej egzaltacji…
Dziękuję, że nie patrzyłem
w t e d y
na tę publiczną egzekucję
Bo choć na widok krwi
…wbijanych gwoździ…
zasłabłbym pewnie nieprzywykły
To jednak wstrząs i niesmak
duszą widza by targały krótko
Raczej po wieczornym, mocnym trunku
zasnąłbym słodko - niemowlę ciche…
Dziękuję, że nie spotkałem
w t e d y
kobiet bredzących coś o p u s t y m grobie
Bo bym wyśmiał…!
Kraków 20 04 2006
***
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie n i e d o j r z a ł e
Tylko duchowe wojny toczyć
Upadłych aniołów miast Syna wypatrywać
Gromić… uzdrawiać… prorokować
Modlitwą lenistwo rozgrzeszać
Sny śnić…
A przecież…
Jego kochać ponad wszystko
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie f a n a t y c z n e
Tylko bez końca zepsuty świat poprawiać
Wyższą moralność wśród fanfar głosić
Spiski libertyńskie górnolotnie tropić
Obleśnie szare pajęcze sieci rwać
z hymnem na ustach… ( fałszowanym nieco…)
A przecież…
Architekta w stworzeniu dojrzeć
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie o d m ó ż d ż o n e
Zawsze poprawnie politycznie myśleć
Za ropę dać się islamistom wyrżnąć
Tożsamość swą demokratycznie zdeptać
Wszystko co myśl ogarnia zrelatywizować
od siebie poczynając…
A przecież…
Dla kogoś zaistnieć niepostmodernistycznie
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
To łatwe
- żeby nie rzec za wiele
takie p o t ę p i e ń c z e
Zawsze szyld wyżej Ukrzyżowanego wieszać
Urzędnikiem a nie naśladowcą zostać
Szukanie Prawdy instytucją zbałamucić
Sumienie inercją i tradycją podniośle wykastrować
przy wtórze dzwonów
A przecież…
Zaprosić i przyjąć Kołaczącego
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…
…Chciałbym być mistrzem…!
Kraków 25.10.2006
***
Najczęściej
każdy z nas (raczej - bez wyjątku)
i tak wie tylko to
co chce wiedzieć
- widzi
- rozumie
co chce pojąć i zobaczyć
Czasami więc
naprawdę nie warto już nic tłumaczyć
- odmieńcy nie zapadną się pod ziemię ...
Czasami więc
zwyczajnie trzeba machnąć ręką
- robić swoje dalej ... wytrwale
Czasami zaś
... przytulić się ... o ile się ma do kogo ...
lub
zapłakaną poduszką sen przywitać
Byle do wiosny ...
Gdańsk 22.05.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Pozrywaj ze mnie sznurki
Niech spadnie marionetka
Przecież uliczny teatr
powinien w zapasie mieć drugą
Zedrzyj czapkę błazna
Czas już kończyć widowisko
które bardziej aktora
niż widzów rozbawia
Bo nawet murzyn z papugą
potrafi cieszyć tylko do czasu
Ale ... ale ... czy murzyn
to też aby człowiek ?
A papuga ... ?
Gdańsk noc 26/27 03 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Jeżeli ktoś
(k t o ś to znaczy taki k t ó ś)
pojąć nie potrafi
że żyją tacy
- młodzi - czasem nawet starzy
(i nie ważne czy jest ich wielu)
co szczerą radość czerpią
ze skandalu trampek
widzianych
do fraka z peleryną
lub
prania dżinsów na sobie w kąpieli
- niech pije więcej mleka !
Na brak wyobraźni
ono
z pewnością mu nie pomoże
- ani na rozgoryczenie -
ale przynajmniej
złagodzić może nadkwasotę
i zgagę poranną
- choć też wcale nie musi ...
Gdańsk noc 16 01 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Ech! Jakby tak
Osiągalnym było
Wyciszenie nawiedzonych kobiet
(bez użycia broni)
Zmierzch plotkowania
(coś na kształt ... z a n i e m ó w i e n i a)
Bezpieczeństwo od życzliwych doradców
(co to z butami do duszy)
Szczera przyjaźń damsko - męska
(wolna od podtekstów)
Pisanie muzyki i spokojne noce
(gdy nie męczą majaki)
Dowiedzenie - że są dziś jeszcze dobre skrzaty leśne
(kiedyś żyły przecież)
Ech! Jakby tak ...
Lecz ja - no cóż - wszak niewierny Tomasz
- wszystko to
"między bajki włożę"
Gdańsk 17.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
Na przypomnienie ciepła
dłoni Twojej
Na przypomnienie spojrzeń
zamieszkałych w pamięci
tylko
jak w encyklopedii starej
- rzucam czasami w łachmany żebracze
pieniądz wołania
o jeszcze jeden kęs postnego chleba
wdzięczność Bogu składając
za zdolność odczuwania
za myśl nieokiełznaną
za niepokój serca
... nieustanne ...
... niezatrzymane ...
... rozgonione ...
Gdańsk, noc, 03/04.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
***
W kości zagrać
Wspomnieć przyjaciół
serdecznie
ze sobą
Ubrać kurtkę skórzaną
( na gołe ciało - o zgrozo ! ! ! )
i nadmorskim spacerem
późną noc przywitać
razem z zadumą ...
Spontanicznym ekscentryzmem
zbulwersować gawiedź ciekawską ...
Pomysłów na siebie
- szalonych niekiedy
łobuzersko -
poodkrywać znów kilka
Nadzieję podsycić nadzieją ...
Śmiać się głośno
Gumę żuć ...
... lubię ...
tak bardzo dziecinnie ...
... tak ... bardzo banalnie...
Ktoś mi powiedział
że to typowy
męski świat w kiepskim stylu
Może miał rację ... ?
Nie jestem pewien ...
Gdańsk 15.09.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"
Subskrybuj:
Posty (Atom)
