Wiesław Janusz Mikulski

* * *

wiem że jesteś przy mnie
gdy szaleją strugi deszczu
po szybach dni
kiedy nocą otwierają się oczy
zbudzone bólem
wiem że jesteś przy mnie
kiedy płonie ściana ciszy
gdy z wyschniętej rzeki słów
nie ma już co pić
kiedy nogi plączą się wśród
kamieni krzywd
wiem że wtedy jesteś przy mnie...


MODLITWA O DESZCZ

Wznoszę ku Tobie dłonie
swe serce spieczone ciszą
deszczu ożywcze strugi daj
Panie mej ziemi
już pękającej od skwaru
nieba rozlej strugi
życia płaszczem ulżyj trawom
naszym oczom proszącym
o deszcz


* * *

kapie kapie czas
jak wosk świecy
Twój czas i mój
wolno wolno się
wypala
spływa wosk jak ból
płomień większy
coraz większy
pnie się ciągle wzwyż
im gorętszy tym jaśniejszy
czas płonie
jak krzyż...


* * *

za Tobą podążam jak ślepiec
wleczony czasem snów wiatrem
gdzie jestem nie wiem
podtrzymaj moje ręce bym przypadkiem
nie przewrócił się o nierównych chodników
krawędzie nie zbrudził nóg
błotem ulic idę za Tobą
jak ślepiec pomóż mi
bym mógł nauczyć się odczytywać
Twoją obecność Twoje słowa
na chropowatych wypukłościach
dni



* * *

tak wiele interesów spraw
uliczek krętych naszych godzin
Panie oczyść nas i spraw
by zachwyt Tobą miłość rodził

w zmęczeniu minut w pocie dni
które jak chmury przemijają
oczyść nas Panie i spraw by
deszczem spadały w ziemię czasu

tak wiele interesów spraw
i słów i słów zbyt wiele pada
oczyść nas Panie z kłamstwa prawd
miłością swoją wyspowiadaj...



* * *

w Twojej łasce
jak w słońcu
dojrzewam

niby owoc
który strąci
wiatr

w Twoim słońcu
rumienię się
czekam

bym dla Ciebie
już dojrzały
spadł...



* * *

Ty sny me słoń
które drżą
jak płatki kwiatów
gdy wieje wiatr

Ty sny me otul
dłonią swą
gdy na nie spada
ciszy grad

Ty sny mi ukaż
w nocy mgle
kiedy nie widać srebra gwiazd
gdy się zagubił świtu brzeg...



* * *

Żonie

Ten cichy jesienny liść
weź ode mnie i przytul
ja też tak spadnę jak liść
wichrem porwany błękitu

Ten cichy jesienny liść
który włożyłaś do Biblii
niech Ci jej miłość gra
i niech Cię w sen uskrzydli

A gdy go wyjmiesz z tych kart
nie dozwól by się skruszył
bo w nim me życie drga
- niebieski odlot duszy...

Janusz St. Pasierb

SŁOWO

okaleczonym językiem
obracam rozżarzony węgiel
przytrzymuję wargami
żeby nie upadł na ziemię

nie rozumiem nigdy
jak z tego bełkotu.
z świadectwa kaleki
ludzie mogą czerpać
coś
co im pozwala
żyć
cierpieć
umierać



WIERZĘ

Wiem że Twoje Słowo jest mieczem
bo jestem rozcięty na dwoje

Wiem że ofiaruję prawdziwe Ciało i Krew
z buntu mojej krwi i mojego ciała

Wiem że twoje Królestwo jest ziarnem
bo mnie rozdziera gdy rośnie

Wiem że jesteś Światłem
bo nic nie widzę

Wiem że jesteś Drogą
nie wiem dokąd idę

Wiem że jesteś Życiem
przecież umieram



WYBÓR

z niej miał być krzyż

wbrew legendzie
nie zrobiono z niej krzyża
zanadto drżała
od początku
potrzebne było
drzewo nieustraszone
twarde
na którym można polegać
na którym można powiesić
osika drżała
wówczas
wybrano dąb



PRZEZ OGIEŃ

nie oddziela mnie od świata
gruby mur czy cienka ściana
tylko ogień

nie odróżnia mnie od rzeczy
oddech ani serca bicie
tylko ogień

nie zbliża mnie do człowieka
jego moja krew i ciało
tylko ogień

i z Bogiem mnie nie połączy
obłok chłodny czy powietrze
tylko ogień



POD WARUNKIEM

jeżeli jesteś z jego uczniów
uciekaj
jeżeli zdrajcą
nie trać czasu
jeśli Herodem
wyśmiej go jak błazna

jeżeli jesteś katem
czyń swoją powinność
jeśli Piłatem
podyskutuj nie zapomnij
umyj ręce

jeżeli

co innego jeżeli
masz mężne serce
i coś czystego pod ręką
jak Weronika

jeśli pochodzisz z Cyreny
jeśli masz silne ramiona
jeśli ci starcza odwagi
jeśli choć umiesz zapłakać

jeśliś Józefem z Arymatei
lub Nikodem
otrzymasz ciało

Jeżeli przynajmniej
potrafisz ściemnieć jak niebo
oślepnąć jak słońce przestać błyszczeć
jak skała się rozpaść

jeśli spowijesz jak całun
jak kamień ostudzisz
jak pieczęć zastygniesz
jeśli otworzy cię anioł



TO SAMO SŁOWO

Ojciec pisał rylcem na tablicy z głazów
Syn pisał palcem na kurzu po ziemi
Duch Święty pisał płomieniem na wietrze

moje nieszczere serce stuka
to samo słowo
Miłość



PO POŁUDNIU

przyłączył się do nich
w drodze
zdawał się iść dalej
przez jedno popołudnie
mieli go tylko dla siebie
nawet wszechświat musiał poczekać
na punkt omega
jak korepetytor
nieznużenie
wykładał im pisma
jeszcze raz
od początku

dziś popołudniu
jeszcze raz od początku
w drodze jak zawsze
naprawdę dalej idący
nieznajomy
cierpliwy
bliski

gdy świat się zmierzcha
to ciepło w sercu



PRZYPOWIEŚĆ O OJCU

Kiedy się starasz zapomnieć
pamięta

kiedy nie możesz zasnąć
czeka aż się obudzisz

kiedy nie myślisz wracać
wygląda ciebie

kiedy nie widzisz wyjścia
każe otwierać wrota

kiedy umierasz z głodu
poleca nakrywać stoły

kiedy się kulisz w łachmanie
wybiera dla ciebie szatę

gdy mówisz wstanę i pójdę
rusza naprzeciw

gdy trzesz oczy jak suche kamienie
płacze nad tobą

kiedy nie śmiesz wyciągnąć rękę
oplatują cię jego ramiona

gdy twój brat wypomni żeś odszedł
odpowie że właśnie wróciłeś



REWOLUCJA JEZUSA

głodni spragnieni
bezdomni obcy
więźniowie chorzy
wyklęci

oto nowa klasa Ewangelii
arystokracja Jezusa
oto jego wcielenie
na dzień sądu
najbardziej ostateczn



OGRÓJEC

już objawiłem im Boga
w blasku i mocy
jeszcze objawię im człowieka
dzisiejszej nocy

ujrzą obojętność oliwek
nieruchomość świateł i cieni
doświadczą ile można nabrać sił
leżąc z twarzą przytuloną do ziemi

dam im posłuchać milczenia Boga
gdy się Go woła
zobaczą zimny blask kielicha
w ręku anioła

objawię im ostatnią prawdę
najwstydliwszą z tajemnic człowieka
nie umie być sam póki żyje
i gdy umiera

trzy razy obudzę śpiących
sercem bijącym o żebra
człowiek wzywający człowieka
żebrak



DROGA KRZYŻOWA

nic dziwnego
że co chwilę upada

nie ma chwili
żeby nas nie dźwigał

czasem ktoś się rozpłacze
jest wtedy jeszcze ciężej

chustą twarz obetrze
patrzy ze zgrozą w odbicie

czasem krzyż podeprze
jest mniej samotny w męce

raptem zakrzyknie obok
zagłuszy na chwilę pulsowanie krwi

obok podobne krzyże
umiera między innymi

pomiędzy dobrym i złym
jak każdy z nas rozpięty

Natan Tenenbaum

MODLITWA O WSCHODZIE SŁOŃCA

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy,
Przed mocą Twoją się ukorzę.
Ale chroń mnie Panie od pogardy,
Przed nienawiścią strzeż mnie Boże.
Wszak Tyś jest Niezmierzone Dobro
którego nie wyrażą słowa
Wiec mnie od nienawiści obroń
i od pogardy mnie zachowaj.
Co postanowisz niech się ziści.
Niechaj się wola Twoja stanie
ale zbaw mnie, od nienawiści,
Ocal mnie od pogardy, Panie.

Lesley Ayers (tłumaczenie: Piotr Zawadzki)

REFLEKSJE

w sobie nieosiadła
budzę się wczesnym rankiem
torując drogę wzdłuż chłodnych ulic
by widzieć cieńką mglę
wstającą na jeziorze

nachylona na moście odkrywam
kolejny poranek Moneta
paleta punktuje echa drzew
na drzewach
trzcin na trzcinach
-szklany świat ciszy

przywykłeś do wczesnych spotkań przy jeziorze
w innym czasie miejscu

Twój kairos czas bez czasu

serce Cię widzi idziesz
w giętkiej pobudce łabędzia

Twój miłosny dotyk
transfuzja
znana przez niezliczonych

jestem spokojna
odnowiona
wolna by iść
by widzieć spod opadających mgieł
kolejny dzień

lśniący podarek

Zbigniew Jankowski

BEZ ODPOWIEDZI

Moje życie było pytaniem
o Ciebie
Nie dożyłem odpowiedzi
Teraz śmiercią pytam.




JAK PO GRUDZIE

Tak wolno ustępuję
ze swoich martwych pól
bronionych
z mrocznego nawyku
jakby
nie ze światłem była walka
nie z Tobą, Boże,
i nie o mnie właśnie.




PO NOCY

Boże
od wiecznych utrapień,
od porzucania na samotnej wyspie,
od skrywanych łez,
czy naprawdę nie masz
innego dowodu
na moje istnienie?




?

Wszystko - Bóg
i tylko Bóg,
więc czego ja szukam
szukając Boga?

Danuta Bilczewska

* * *

wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków



* * *

wchodzę powoli
w obszary ciszy
tu chcę Cię spotkać
wejć w grę obłoków
odczuć Obecnoć
jak oddech wiatru
gdzie czas odmierza
modlitwa kroków



WOŁANIE

wiem
że najcichszy
szept słyszysz
najlżejszych traw
widzisz kołysanie
a jednak
kiedy się modlę
do Ciebie
cała się staję
wołaniem




W GÓRACH

w górach
bliżej mi
do Ciebie
mgła
na wargach
osiada
Twój dotyk
modlą się
szczyty
w samotni lasów
szept jodły
z wiatrem się miesza
niżej schodzi
wciska się
w skalne szczeliny

z nagła
ogień zabłysnął
płonącą raną
owoc
dojrzałej jarzębiny



* * *

czuję na twarzy muśnięcie
oddycham wiatru powiewem
czy to jest twoja modlitwa
czy dotyk Boga
nie wiem

Szymon Babuchowski

ŻYCIE

kolejne koło dobry czas zatoczył
więc znowu siedzę tu przy Twoim boku
i w Twoje patrzę uśmiechnięte oczy
wierząc że Bóg jest Panem naszych kroków

i wszystko staje się znów po raz pierwszy
w ciszy wieczornej pod lipcowym niebem
te długie drogi które przez nas przeszły
pod powiekami wabią nas do siebie

przez park idziemy całkiem nierozważni
perełki śmiechu rozsiewając wkoło
nie widząc węża co się w trawie czai
i czyha tylko żeby nas pochłonąć

jutro będziemy opłakiwać zdrady
dzisiaj się połóż na moich kolanach
popatrz jak kajak przepływa przez bramę
jabłka dojrzałe kołyszą się w sadach

będziemy grzeszyć będziemy powracać
On nam wybiegać będzie na spotkanie
żywot człowieczy syzyfowa praca
z cichą nadzieją na zmartwychpowstanie




PISANIE

patykiem ryję Twoje imię
na brzegu prastarego morza
i patrzę jak ten napis ginie –
całunem go przykrywa woda

a w mojej dłoni chudy patyk
od nowa twierdzę z liter stawia
abym za chwilę mógł zobaczyć
niebieski język co ją strawi

odwieczna walka dwóch żywiołów
i ich przedziwna święta przyjaźń
bije się Jakub z Panem Bogiem
do bramy Nieba się dobija




ŚWIAT

Od czasów Jezusa wiele się zmieniło:
w niebo przebite włóczniami kominów
rosną katedry biurowców, ziemię
oplatają cierniste krzewy kabli. Dobra,
koronkowa robota. Cezar uśmiecha się,
widząc swą podobiznę na wszystkich ekranach.
W nowych świątyniach brzęczą monety,
kupcy uprzejmie informują.
Wielka promocja: lepsza cena zdrady.
Dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć.
Na Miejscu Czaszki co wieczór
igraszki – śmierć jest tylko gadżetem.
A diabeł kobietą. A może odwrotnie?
Wiruje diabelski młyn – ze zmielonych dusz
robi się hamburgery. Po ile ta wata?
Przemija postać widzialnego świata.
Kto to wszystko uniesie? Kto weźmie,
zmiesza z gliną, kto na nowo
ulepi, tchnie, ożywi? Komu
rany wytrysną jak źródło?




* * *

przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro wszystko we mnie Ciebie woła
po cóż bym jeszcze westchnienia miał mnożyć –
Ty się módl we mnie gdy ja nie podołam

przywołuj siebie (czy to nie jest dziwne
mieć Ciebie w sobie i za Tobą tęsknić)
wołaj mnie wołaj gdy do piekła idę
przemień mnie w niebo zalecz moje klęski

przyjdź Duchu Święty nie umiem się modlić
lecz skoro jesteś to i ja się stanę
nowym bukłakiem z winem bardzo młodym
Tobie poddanym naczyniem glinianym




* * *

przewiej mnie Wietrze przewiej
przeszyj przenicuj przemień
ziarnem pszenicy wsiej w ziemię
przesyp mnie przesącz przez siebie

przez przetak aż powiem tak
aż wyznam wypowiem Twój znak
aż krzyże naszych komórek
w jedną obleką się skórę




* * *

miałeś we mnie rosnąć Panie jak rośnie drzewo albo człowiek
rozkrzyżowałem nawet ręce by było Ci wygodnie
wtedy coś zaczęło drążyć mnie od środka
rzeźbić korytarze po których hulał wiatr

dziś moje wnętrze wypełnia nic
dziś jestem pełny pneumy
i tęsknię

wywołałem Twoje zdjęcie
z krzyża chowam w sobie

negatyw.




* * *

krople zatrzymane na skraju gałęzi
prześwietlone blaskiem jesiennego słońca
gdy mały włos wody dzieli je od śmierci
ciążące ku ziemi ale nie do końca

jakby jedną ręką trzymały się życia
które na ich brzegach rozpościera tęczę
krople takie jasne jak Boże źrenice
pomiędzy światami mają swoje miejsce

Marian Stanisław Hermaszewski

* * *

Idzie Bóg ogromny
ponad ziemią
i zrywa ludzi
starannie
jak soczyste jeżyny
Czas kwiatu
minął się w pamięci
z czasem leku
na liściu leży
chłodna łza
rozstania
owoc owocu
dojrzewania
ślad gwiazd odbitych
na Bożej dłoni -




* * *

Przybiegło znów moje serce
przypadło Ci do stóp
jak motyl
Teraz tylko
wsłuchać się w szelest
źródełka
tak chyba szemrze
Twoja łaska
okruchem słońca plamiąc
rzęsy
Cóż więcej
tylko dziękować
bez końca -




* * *

Tak dobrze
kolana wpasować
w klęcznik
jak ręce w narzędzie
Tyle do zrobienia
Tyle do przemodlenia
Niechaj wzrastają
aż do bólu
Tak dobrze -

KATEDRA OPOLSKA, 10 października 1994 r.

Wacław Buryła

* * *

Drzewa
modlą się milczeniem
trawa ? zieloną zwyczajnością
ptaki - śpiewem
a człowiek
modli się miłością




* * *

ludzie mówią
o przeludnieniu świata
o tłoku na ulicach
o zbyt wielkim tłumie

chyba
dziwisz się temu
bo wokół Ciebie
ciągle pusto




* * *

Nie szukaj drogi na skróty
nie ma takiej drogi do nieba

musisz przejść
przez całą miłość




* * *

nie szukam innego raju

Twoja Obecność wystarczy

pijany ze szczęścia
chciałbym tańczyć




NIE UMIEMY

Tłumaczymy Twoją Ewangelię
na wszystkie języki świata

ale jeszcze ciągle nie umiemy
przetłumaczyć jej na miłość




TEJ NOCY

Tej nocy
śmierć przeszła przez pokój
środkiem snu
z palcami na ustach

zerwała człowieka jak owoc
i włożyła Bogu do kieszeni




SZPITALNA PROŚBA

Podaj uśmiech
zamiast tabletki
bo więcej może
tylko miłość potrafi wskrzesić
bo Bóg ją stworzył




UZDROWIENIE PARALITYKA

Przynieśli go na noszach
chcieli żebyś uzdrowił ciało
a Ty jakby nigdy nic
uzdrowiłeś duszę

ks. Jerzy Szymik

SMUGA BŁĘKITU

wyrzeknij się pewności,
lecz nie ufaj zwątpieniu

jasne niebo i ciemny las są tym samym
jedynie na linii horyzontu
i w snach

z pewnej odległości i po jakimś czasie
wszystko staje się
smugą drgającego błękitu.

I bardzo dobrze.
Ale to dopiero początek wtajemniczenia.

Bo przecież:
ten podmuch wiatru, teraz, w popołudniowych światłach
czerwca;
ten korytarz w powietrzu, wycięty ciałem
jaskółki;
to przeczucie śmierci, które łasi się jak wierny
pies;
twoja obecność pośród nas; nietrwała, słodka,
rozdzierająca -

- były, są, będą.




TEODYCEA

Zapach siana nad ranem,
w półmroku, przed brzaskiem,
w Cresier, na balkonie, po bezsennej nocy;
ów zapach świdrujący o czwartej nad ranem,
obietnica złożona na przedprożu dnia.
Ten zapach siana przed świtem kładę na dnie pamięci.
Niech mi będzie jako płomień na chwile ciemności,
jako dowód na istnienie Boga i mnie, nas, szczęścia.
Wszystkiego.




MOLESON

Ks. Darkowi Kąpińskiemu

Liście tańczą na pustej drodze,
na placu przed stuletnim kościołem,
pod koniec lata, w ciepłym wietrze,
nocą, w Broc.
Rankiem,
kiedy słońce rozedrze bieluśką gazę mgły,
ujrzymy szafirowe niebo i wysoką górę:
Moleson.
W pustym kościele odprawimy Mszę za świat,
który kochamy. Potem wypijemy kawę,
oddalimy śmierć.
Raz jeszcze uwierzymy
Życiu.




MONACHIUM

Nad Monachium ciekawsza połówka księżyca.
Na Marienplatz, pod platanem, akordeon
w rękach geniusza-kaleki.
Muzyka i wieczór. I zachwyt.
Zapachy cygar, potu, piwa, perfum,
miasta latem, szczęścia żywych.
Słyszę jak ktoś szepcze w czyjeś ucho:
"Najpiękniejsze ciągle przed nami"...

I wątpię, i wierzę.




WCZESNA JESIEŃ, PÓŹNY WIECZÓR. BÓG.

Październik
dbał o dominację bezwzględną gorzkich kolorów. Dyskretnie,
skutecznie. Żółć i czerwień zdały się bezpowrotnie odbierać światu zieleń.
I resztki iluzji. Zdawało się, że i obecność
Boga

Mówiła
o tym, ze nie rozumie
swojego życia. I że najprawdopodobniej
zna ścieg jego sensu jedynie
Bóg

Słuchałem
z zachwytem i bezradnością. Czułem jak mnie ubywa z każdym
jej słowem i z każdą łzą. Jak zagarnia mnie jesienny zmierzch, starość.
Jak mi coraz bliżej do śmierci. I jak kocham ją, ich wszystkich,
Boga




PRZED OPERACJĄ

"Nigdy Go nie zapomnę. Ani jego, ani tego, czego mnie nauczył. Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam"
Katarzyna Kolenda-Zaleska
o biskupie Janie Chrapku


Jeżeli miałoby to być dzisiaj,
nie miałbym żalu

byłem kochany, kochałem,
nie została mi nigdy odebrana łaska wiary,
wybaczono mi wiele,
pomogłem kilku ludziom dostrzec światło

widziałem kiedyś
w płomiennych zorzach wczesnego sierpniowego wieczoru
różowy obłok na ciemnobłękitnym tle
a porwany do trzeciego nieba
pozostałem wdzięczny

czegóż chcieć więcej?




NIC WIĘCEJ

To wszystko tutaj i wokół jest ważne
i godne mojego istnienia.

Ale wiatr szarpie firanką zbyt mocno
jak na zwykły przypadek.
A grube krople deszczu padają na parapet
jak łzy przejętego moim losem Boga.
A na niebie wykwitł różowy obłok
jak rumieniec wstydu na twarzy wszechświata.

Za sekundę pojawi się tęcza.

Więc wyjawię owo wstydliwe pragnienie:
być jedynie tęsknotą.
Nikim i niczym mniej




KYRIE

Panie,
jest inaczej
niż być miało

ani góry,
ani morwy
nie rzucają się w morze na moje słowo

nieustannie idzie na burzę,
nieustannie czerwieni się zasępione niebo.
fale zalewają łódź. a wichry i jezioro nigdy nie są mi posłuszne

mam kilka ryb,
siedem chlebów
i nieskończoną wielość głodnych do wykarmienia

dotykałem tylekroć
Twojego płaszcza,
a nie jestem zdrowy

Ojciec Niebieski
ma coraz mniej pracy
z liczeniem moich włosów

a jestem w gorszym
położeniu niż Jair,
bo nie mam córki

mam oczy, a nie widzę,
mam uszy, a nie słyszę;
często też wpadam w ogień i w wodę

moje oczy wilgotnieją nieraz, ale nie od twojej śliny,
stąd też widzę niewyraźnie

ani odcięta prawica,
ani wyłupione oko
nie uczyniły mnie lepszym

tęsknię za Tobą.
Ulituj się nade mną.
Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić




ZORZE I JASKÓŁKI

Jak kość w gardle
ten wieczór
Jak brzęk szkła
które przetnie, skrwawi, zamąci
ta muzyka
Jak sól w różowych ustach rany
te słowa
Jak wieczny odpoczynek
to milczenie

ufaj
mimo wszystko

żyj
próbuj
kochaj.
To jest możliwe
na przekór
logice i pamięci

spójrz:
nad twoją głową
zorze i jaskółki

Maria Przybylska

NIE ZA PÓŹNO

Za późno na ten gest
splatania warkocza
gdy trzecie pasmo już szronem grudniowe
lecz
czy za późno na pełne zachwytu
przywarcie do tego co przecież nie moje
- na dawnej pustce
ciepła, miękka ufność...
- nie za późno jedynie
na wiarę w nadzieję
że w końcu przyjdzie Miłość
- co rozjaśni wszystko...



LICZĘ ANIOŁY

Żeby nie zasnąć podczas długiego kazania
liczę anioły – jest ich siedemnaście
na ogół symetrycznie siedzą dokoła ołtarza
nieparzysty przycupnął na wysokim stropie
wszystkie przypominają wesołe wróble
choć zdarzają się też gamoniowate
zbyt krągłe kulki w obłokach baroku
Inaczej się dzieje w tęczowych kryształach
i w blasku przepuszczanym przez stare witraże
tam ciągły ruch, lekkość i śpiew światła
iluminacja też może się zdarzyć...




PRÓBA MODLITWY

Jesteś świetlistym szczytem góry
spoza skłębionych wiatrem czasu chmur
wystarczy lada powiew
by cię zasłonił mrok

pozwól choć chwilę oglądać twą jasność
albo daj słyszeć Twój najcichszy głos

niech umilknę przed Tobą którego nie słyszę
niech odetchnę powietrzem co tak rozrzedzone
otwórz moje oczy snem o śnie zmorzone
uszy głuche na to co nie jest mną samą

uwolnij mnie od mego w siebie uwikłania
wyplącz z mocnej siatki słabości codziennej




POCIECHA MŁODYM

gdy spojrzeć z odległości
w koleiny przeszłe
dawne smugi cienia
ułożą się w tęczę

ks. Jan Twardowski

WIERZĘ

Wierzę w Boga
z miłości do 15 milionów trędowatych
do silnych jak koń dźwigających paki od rana do nocy
do 30 milionów obłąkanych
do ciotek którym włosy wybielały od długiej dobroci
do wpatrujących się tak zawzięcie w krzywdę żeby nie widzieć sensu
do przemilczanych - śpiących z trąbą archanioła pod poduszką
do dziewczynki bez piątej klepki
do wymyślających krople na serce
do pomordowanych przez białego chrześcijanina
do wyczekującego spowiednika z uszami na obie strony
do oczu schizofrenika
do radujących się z tego powodu że stale otrzymują
i stale muszą oddawać
bo gdybym nie wierzył
osunęliby się w nicość



MIŁOŚĆ

świat zmaglowany
polityka pudło
dom już nie tamten
inna brama
nie wierzący na roratach w kościele

tylko miłość
wariatka ta sama



BOJĘ SIĘ TWOJEJ MIŁOŚCI

Nie boję się dętej orkiestry przy końcu świata
biblijnego tupania
boję się Twojej miłości
że kochasz zupełnie inaczej
tak bliski i inny
jak mrówka przed niedźwiedziem
krzyże ustawiasz jak żołnierzy na wysokich
nie patrzysz moimi oczyma
może widzisz jak pszczoła
dla której białe lilie są zielononiebieskie
pytającego omijasz jak jeża na spacerze
głosisz że czystość jest oddaniem siebie
ludzi do ludzi zbliżasz
i stale uczysz odchodzić
mówisz zbyt często do żywych
umarli to wytłumaczą

boję się Twojej miłości
tej najprawdziwszej i innej
Być nie zauważonym
Być nie zauważonym by spotkać się z Tobą
nie czytanym zbytecznym
właśnie byle jakim
przekreślonym do końca nonszalancją ręki
aromatem nie mocnym jeszcze nie poznanym
tuż pomiędzy goździkiem pieprzem i migdałem
fotografią nieważną bo niedokąpaną
liryzmem co się siebie coraz więcej wstydzi
książką którą się kładzie wciąż jedną na drugiej
jabłkiem po gruszce zawsze trochę kwaśnym
rakiem trzymanym w koszu z pokrzywami
włosami co odchodzą jak myszy po cichu
szczygłem co chciał przyfrunąć lecz umarł wysoko
z ogonem tak leciutkim że ponad rozpaczą
biedronką zapomnianą gdy przechodzą żuki
świętym któremu w czas remontu utrącono głowę
niech będzie niewidzialnym skoro stał się dobrym



CO PROSI O MIŁOŚĆ

Bóg wszechmogący co prosi o miłość
tak wszechmogący że nie wszystko może
skoro dał wolną wolę
miłość teraz sama
wybiera po swojemu
to czyni co zechce
więc czasem wzruszenie jak szczęście przylaszczek
co się od razu na wiosnę kochają
bywa obojętność to jest sprawy trudne
głogi tak bardzo bliskie że siebie nie znają
kocha lub nie kocha - to jęk nie pytanie
więc oczy zwierząt ogromne i smutne
śpi spokojnie w gnieździe
szpak szpakowa szpaczek
Bóg co prosi o miłość
rozgrzeszy zrozumie
Wszechmoc wszystko potrafi
więc także zapłacze
Wszechmoc gdy kocha najsłabszym

Roman Brandstaetter

PIEŚŃ MADONNY

Sławię człowieka.
Który jest dziełem
Mojego Pana.

Mój Pan go ulepił
Z materii i energii
Na granicy wody i ziemi
I dał mu twarz
Wieczności.

Jego mózg uczynił
Stolicą mądrości.

Jego serce —
Tronem miłości i krwi.

Jego zmysłom
Dał intuicję aniołów.

Wyobraźni —
Widzenie niebiosów.
Ciału —
Piękno cedrów libańskich.

Uderzam palcami
W siedmiostruną lutnię
I śpiewam chwałę
Dzieła Pańskiego.
Albowiem jest dobre.

Więc dlaczego smucisz się
I szukasz sensu swojego istnienia
Na mieliznach
Nieładu i zwątpień.
I ukamienowanych wartości?
Dlaczego lękasz się
Życia i śmierci,
Wieczności i przemijania.
I cienia własnej dłoni?

Nie trwóż się.

Nie jesteś osią
Kosmosu,
Który przemija.

Ani osią
Życia,
Które się wypala.

Ani osią
Swojego domu.
Zlota
I spichlerzy,
Które są marnością
Nad marnościami.

Jesteś osią Boga.

Mój Pan krąży dokoła
Ciebie.
Jak rój pszczeli
Dokoła ula,
Jak ptak
Dokoła gniazda.
Jak ziemia
Dokoła osi.

Więc dlaczego smucisz się,
Duszo człowiecza.
Burzo krwawiąca
W glinianej urnie?



ZBLIŻ SIĘ DO MEGO SERCA...

Zbliż się do mego serca. Mam poczucie winy.
Wciąż mi się zdaje, że jestem mordercą,
Poszukiwanym przez wszystkie straże niebiosów,
Które coraz szczelniej otaczają moje ciało,
Ciało mojej nieustannej ucieczki,
Ciało mojej pustyni,
Ciało mojej heretyckiej teologii.
Nie mam zamiaru
Ukrywać się w lesie elegijnych eukaliptusów
Ani zacierać śladów mojej obecności
Na piasku. Czekam na przyjście
Dwóch czarno odzianych aniołów
Z bambusowymi laseczkami
W filuternych dłoniach.
Któż nie pozna ich uśmiechów, misternie złożonych,
Jak wnętrze róży? Któż nie pozna?
Muszę być winny, bo mam poczucie winy.
Jest to równanie niemożliwe do rozwiązania.
Wprawdzie rozcinam zagadnienie jak owoc granatu,
Chcąc w jego wnętrzu odnaleźć odpowiedź,
Ale pestka nie jest odpowiedzią. Jest zalążkiem
Innego granatu. Zbliż się do mego serca.

Anna Kamieńska

BEZDROŻE

Widzę jak kroczy po wodzie po chmurach
to szczególne załamanie światła
jakiego nie odnalazł nikt z Rembrandtów
naszą sprawą jest tonąć i krzyczeć
a On spokojny nie boi się naszego zwątpienia
idzie każdym bezdrożem
bo jest drogą



PROŚBA

Boże przywróć rzeczom blask utracony
oblecz morze w jego zwykłą wspaniałość
a lasy ubierz znowu w barwy rozmaite
zdejm z oczu popiół
oczyść język z piołunu
spuść czysty deszcz by zmieszał się ze łzami
nasi umarli niechaj śpią w zieleni
niech żal uparty nie wstrzymuje czasu
a żywym niechaj rosną serca od miłości



TWARZ

Twarz wypłynęła bruzdami zorana
cierpieniem podziobana zapisana bólem
skorupa pomarszczona lampa wygaszona
gruda człowiecza śmiercią przemieniona

Boże weź tę bolesną głowę w swoje ręce
tak niebo trzyma w dłoniach ziemię



MODLITWA

Z iskry z prochu ulep mnie na nowo
znów zasadź drzewa w moim raju
jeszcze raz daj mi niebo nad głową

Bym Ci mogła przeczyć rozumami
przywoływać wszystkimi płaczami
odnajdywać jak miłość wargami



NA KOLANACH

Z oczu odłupał się błękit
z języka starła się słodycz
z palców zdarła się czułość
suche usta słów
nie szukają pocałunku rymów
studnia jest zatruta
woda martwa
samotność pusta
a jednak ktoś tam we mnie
niezmordowanie klęczy na kolanach



NIEWIARA

Tak
nawet kiedy nie wierzę
jest we mnie miejsce
dla niewiary niedostępne
rezerwat uparty
nieprzetrzebiony
skrawek dzikiej łaski
nietknięty śpiący w ciele ból
muzyka która w ciszy gniazdo wije



JESZCZE NIGDY

Jeszcze nigdy nie szłam tak ciężko
jakbym dźwigała na sobie całą Biblię
pustynie jej góry i morza
by wszystkie podnieść na wysokość krzyża



MODLITWA

Modlitwą zamykam usta aby nie krzyczeć
modlitwą zamykam oczy aby nie pragnąć



DZIĘKUJĘ

Dziękuję niebu że nauczono mnie wiązać snopki
łuskać groch obierać ziemniaki
dziękuję ziemi że dano mi prać pieluchy
przewijać dzieci czytać po łacinie
i pisać wiersze
wszystko jak Bóg przykazał w swoim czasie



TAK KIEDY W TŁUMIE

Tak kiedy w tłumie ujrzysz nagle kogoś
czekając na zielone światło
jest cały jasny i promienny
w otoku nieznanego światła
zapragniesz biec ku temu wszystkiemu co było

Tak spotkasz tego kto jest Panem
wmieszany w tłum da ci się poznać
po tej światłości którą zarzuci na niego
tak długo czekająca
cierpliwa twoja miłość


DROGA

Panie nasz

Jak szedłeś sam
przez ciasto życia

przez Matkę i Józefa
Annę Symeona
Jana Szymona
Martę Marię Łazarza
przez ślepych opętanych
trędowatych
przez Nikodema
Judasza
Piłata
łotrów obu
Szawła

Jak idziesz wciąż
przez nasze ciała

Tak ja niech pójdę

Przez spotkanego na wąskiej kładce
przez tego co biegł za mną brzegiem morza
tego co pryskał śliną gadulstwa
i nieśmiałego który mówił nic nie mówiąc
przez czyste oczy małego chłopca
przez babkę obok której klękam
nawet przez tego pana na ulicy
który nieznacznie sięga ręką w śmietnik
szukając niedopałków
przez tego co pożycza pieniądze na wódkę
tego któremu się ręki nie podaje
także któremu wszystkie ręce klaszczą
przez niemądrą dziewczynę o fioletowych paznokciach
przez kłótliwą zacietrzewioną urodę
i przez cienistą brzydotę
przez matkę
matkę matki
i przez syna
Do Ciebie



PRZYSZEDŁ

Przyszedł stanął przede mną
pod postacią ciemności
więc nie poznałam
dopiero ból znajomy mi powiedział
to On



ODCHODZĘ

Odchodzę od Ciebie codziennie
pracowicie jak mrówka
no powiedz
na ile lat
na ile dni świetlnych
i ciemnych
mam się oddalić od Ciebie
aby się zbliżyć tak bardzo
że przylgnąć
i zniknąć w Tobie
Wołam
przez całą szerokość Biblii
otchłań do Otchłani



NIEWIARA

Któż może jeszcze wierzyć w Boga
już kosmonauci przeszukali niebo
pod każdą gwiazdę jak pod krzesło zaglądali

Daremnie patrzą w górę łzawe oczy ikon
drapią się w niebo wieże i kopuły
krzyczą dżamije synagogi
w dwudziestym wieku wierzą w Boga tylko starcy

Jeden sentymentalny staruch Einstein
niezdarnie grał na skrzypcach
chodził boso i rozmawiał z Bogiem o geometrii

Drugi Jan w Rzymie leży cicho
pod kopułą Piotra
nie ma nic do powiedzenia

Bo cóż tu mówić
kiedy Bóg jak każda mądra miłość
jest milczeniem

Tomasz Żółtko

* * *

Piękno…
Tak przepięknie n i e d o o k r e ś l o n e
Kocham – bo nie do sprzedaży detalicznej
Dla sztuki żer…
Ludzie mali naiwnie utrzymują
że we dwójkę mają łagodzić obyczaje…

Piękno…
Tak przepięknie subtelne i wyzywające
Kocham – bo kpi z naszych gustów
Jedyne dla koneserów…
Ludzie mali naiwnie szukają go
śledząc tropy „gołej baby na gołym koniu”…

Piękno…
Tak przepięknie gardzące sukcesem
Kocham – bo jest trucizną na to „co się przyjęło”
Dla podejmujących wyzwania…
Ludzie mali naiwnie wierzą
że obdarzyło nieśmiałym uczuciem szczęście…

Piękno…
Tak przepięknie n i e n a u k o w e
Kocham – bo to jednak kroplówka dla „nieaksjomatów”
Też dla ociemniałych…
Ludzie mali próbują je tłumaczyć
chemią w podwzgórzu mózgowia…

Piękno…
Tak przepięknie m o t y w u j ą c e
Kocham – bo zazwyczaj jest „wbrew” i „pomimo”
Łatwo dostępne dla dzieci…
Ludzie mali nachalnie chcą czynić mu pomniki
ono zaś im piaskem przez palce…

Piękno…
Najniezwyklejsza poszlaka
że jednak
Ktoś…
gdzieś…
w nas…
gdziekolwiek…

…kocham…


Kraków 22 12 2006



***

Przyznaję…
…przytłoczony ciężarem
naukowego oglądu istoty rzeczy
oraz przed ośmieszeniem lękiem
zgoła panicznym…
- w nerwach zrywając etykietkę
fundamentalisty-prymitywa
…poległem…
i zaczynam myśleć nowocześnie
- że wiarę można jakoś zgodzić
… z ewolucją…

Tyle że…
jeśli Bóg stworzył człowieka
na o b r a z swój i p o d o b i e ń s t w o
zaś Pitekantropus
to mój pra pra …
- to kto tutaj kogo p r z y p o m i n a ?
Stwórca mnie?
Ja Pitekantropa?
Czy Pitekantrop … Pana Boga ?!!!

Kraków 03 11 2006



***

Dziękuję, że nie byłem
w t e d y
przechodniem w małym Betlejemie…
Bo choć schlebianie teologii
wymuszało wiedzę,
iż Mesjasz właśnie t u t a j
To jednak w życiu nie zajrzałbym
do s t o d o ł y
Raczej hotel – cztery gwiazdki
Późna kolacja z dobrym winem…

Dziękuję, że nie pomieszkiwałem
w t e d y
w zaściankowo-nędznym Nazarecie
Bo choć słuszne wychowanie
pewnie by zmogło
szydercze myśli o prowincji
To jednak ciesielstwem bez matury
jawnie p o g a r d z a ł b y m
Raczej Ci dobrze wykształceni…
O bycie wysokie rozważania…

Dziękuję, że się nie tłoczyłem
w t e d y
w podnieconym tłumie gapiów
Bo choć w świetle dnia czynione
… z n a k i … c u d y…
widziałbym jako ewidentne
To jednak sens ukryty w przypowieściach J e g o
u m k n ą ł b y mi
raczej zbyt plebejski
Ot takie urąganie filozofii…

Dziękuję, że się nie gorszyłem
w t e d y
oburzającym brakiem patriotycznych haseł
Bo choć tak wiele opowiadał
o swoim Ojcu gdzieś tam w Niebie
- cóż za bezczelność swoją drogą…!
To jednak „Bóg, Honor i Ojczyzna”
z siebie nie wykrztusił nigdy
Raczej dla kolaborantów mając zrozumienie…?
Zupełnie niepojęte!

Dziękuję, że nie widziałem
w t e d y
jak Go dotykała p r o s t y t u t k a
Bo choć może była to
kobieta biedna
- kto wie – głęboko nieszczęśliwa nawet…
To jednak – jak świat światem
zawsze zawód jej urągał przyzwoitym… świętym…
Raczej więc wzruszyłbym ramionami
Twarz i czystość zachowawszy…f a r y z e j s k i e…

Dziękuję, że nie krzyczałem
w t e d y
„Hosanna” – gdy On wjeżdżał na osiołku
Bo choć przez chwilę krótką
- mimo zastrzeżeń –
w stolicy zaczynał jawić mi się K r ó l e m
To jednak ledwie tydzień później
w amoku darłbym się: Na krzyż z Nim!!!
Raczej „Hosannę” przeklinając
Dziwiąc się tamtej egzaltacji…

Dziękuję, że nie patrzyłem
w t e d y
na tę publiczną egzekucję
Bo choć na widok krwi
…wbijanych gwoździ…
zasłabłbym pewnie nieprzywykły
To jednak wstrząs i niesmak
duszą widza by targały krótko
Raczej po wieczornym, mocnym trunku
zasnąłbym słodko - niemowlę ciche…

Dziękuję, że nie spotkałem
w t e d y
kobiet bredzących coś o p u s t y m grobie
Bo bym wyśmiał…!


Kraków 20 04 2006



***

To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie n i e d o j r z a ł e
Tylko duchowe wojny toczyć
Upadłych aniołów miast Syna wypatrywać
Gromić… uzdrawiać… prorokować
Modlitwą lenistwo rozgrzeszać
Sny śnić…

A przecież…
Jego kochać ponad wszystko
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…


To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie f a n a t y c z n e
Tylko bez końca zepsuty świat poprawiać
Wyższą moralność wśród fanfar głosić
Spiski libertyńskie górnolotnie tropić
Obleśnie szare pajęcze sieci rwać
z hymnem na ustach… ( fałszowanym nieco…)

A przecież…
Architekta w stworzeniu dojrzeć
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…


To łatwe
- żeby nie rzec za wiele –
takie o d m ó ż d ż o n e
Zawsze poprawnie politycznie myśleć
Za ropę dać się islamistom wyrżnąć
Tożsamość swą demokratycznie zdeptać
Wszystko co myśl ogarnia zrelatywizować
od siebie poczynając…

A przecież…
Dla kogoś zaistnieć niepostmodernistycznie
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…


To łatwe
- żeby nie rzec za wiele
takie p o t ę p i e ń c z e
Zawsze szyld wyżej Ukrzyżowanego wieszać
Urzędnikiem a nie naśladowcą zostać
Szukanie Prawdy instytucją zbałamucić
Sumienie inercją i tradycją podniośle wykastrować
przy wtórze dzwonów

A przecież…
Zaprosić i przyjąć Kołaczącego
mistrzostwem jest !
…I żyć pięknie…



…Chciałbym być mistrzem…!

Kraków 25.10.2006



***

Najczęściej
każdy z nas (raczej - bez wyjątku)
i tak wie tylko to
co chce wiedzieć
- widzi
- rozumie
co chce pojąć i zobaczyć

Czasami więc
naprawdę nie warto już nic tłumaczyć
- odmieńcy nie zapadną się pod ziemię ...
Czasami więc
zwyczajnie trzeba machnąć ręką
- robić swoje dalej ... wytrwale

Czasami zaś
... przytulić się ... o ile się ma do kogo ...
lub
zapłakaną poduszką sen przywitać

Byle do wiosny ...


Gdańsk 22.05.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"



***

Pozrywaj ze mnie sznurki
Niech spadnie marionetka
Przecież uliczny teatr
powinien w zapasie mieć drugą

Zedrzyj czapkę błazna
Czas już kończyć widowisko
które bardziej aktora
niż widzów rozbawia

Bo nawet murzyn z papugą
potrafi cieszyć tylko do czasu
Ale ... ale ... czy murzyn
to też aby człowiek ?

A papuga ... ?

Gdańsk noc 26/27 03 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"



***

Jeżeli ktoś
(k t o ś to znaczy taki k t ó ś)
pojąć nie potrafi
że żyją tacy
- młodzi - czasem nawet starzy
(i nie ważne czy jest ich wielu)
co szczerą radość czerpią
ze skandalu trampek
widzianych
do fraka z peleryną
lub
prania dżinsów na sobie w kąpieli
- niech pije więcej mleka !
Na brak wyobraźni
ono
z pewnością mu nie pomoże
- ani na rozgoryczenie -
ale przynajmniej
złagodzić może nadkwasotę
i zgagę poranną
- choć też wcale nie musi ...



Gdańsk noc 16 01 1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"



***

Ech! Jakby tak
Osiągalnym było
Wyciszenie nawiedzonych kobiet
(bez użycia broni)
Zmierzch plotkowania
(coś na kształt ... z a n i e m ó w i e n i a)
Bezpieczeństwo od życzliwych doradców
(co to z butami do duszy)
Szczera przyjaźń damsko - męska
(wolna od podtekstów)
Pisanie muzyki i spokojne noce
(gdy nie męczą majaki)
Dowiedzenie - że są dziś jeszcze dobre skrzaty leśne
(kiedyś żyły przecież)

Ech! Jakby tak ...
Lecz ja - no cóż - wszak niewierny Tomasz
- wszystko to
"między bajki włożę"


Gdańsk 17.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"



***

Na przypomnienie ciepła
dłoni Twojej
Na przypomnienie spojrzeń
zamieszkałych w pamięci
tylko
jak w encyklopedii starej
- rzucam czasami w łachmany żebracze
pieniądz wołania
o jeszcze jeden kęs postnego chleba
wdzięczność Bogu składając
za zdolność odczuwania
za myśl nieokiełznaną
za niepokój serca
... nieustanne ...
... niezatrzymane ...
... rozgonione ...

Gdańsk, noc, 03/04.03.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"



***

W kości zagrać
Wspomnieć przyjaciół
serdecznie
ze sobą
Ubrać kurtkę skórzaną
( na gołe ciało - o zgrozo ! ! ! )
i nadmorskim spacerem
późną noc przywitać
razem z zadumą ...
Spontanicznym ekscentryzmem
zbulwersować gawiedź ciekawską ...
Pomysłów na siebie
- szalonych niekiedy
łobuzersko -
poodkrywać znów kilka
Nadzieję podsycić nadzieją ...

Śmiać się głośno
Gumę żuć ...
... lubię ...
tak bardzo dziecinnie ...
... tak ... bardzo banalnie...

Ktoś mi powiedział
że to typowy
męski świat w kiepskim stylu
Może miał rację ... ?
Nie jestem pewien ...

Gdańsk 15.09.1992
z tomiku "Postmodernistyczne impresje wolne od cła i reguły"